Nazywam sie Róża…

Wrzesień 2, 2010 by
Kategoria: Konkurs

Róża1

… mam 2 lata i 2 miesiące, jestem po dwóch operacjach, oraz po dwóch tygodniach rejsu non-stop po Mazurach (ani razu nie chorowałam) , więc jak widzisz muszę wygrać twój wakacyjny konkurs.

I tak będzie :)

Komentarze

Liczba komentarzy: 6 do “Nazywam sie Róża…”
  1. Asiap pisze:

    Co za dzielni rodzice!!!

  2. Grzegorz pisze:

    Cześć Róża. Miło Cię u nas widzieć :-)
    Pozdrowienia od Ani i Mikołaja.

  3. trigo pisze:

    SUPER!
    I jak zwykle wcinka z Gosią :-P – operację miała w marcu a cały lipiec spędziliśmy pod namiotem nad jeziorami. Oczywiście dosłownie “pod namiotem” spędzaliśmy noce. Gocha miała dwa i pół roku i pamiętam, jak prosto ze studni lałam wodę do takiej okrągłej metalowej (żeliwnej ???) balii by się woda ogrzała w czasie rozstawiania namiotów i pawilonu (nad kuchnią polową) No i Gocha wpakowała się niespostrzeżenie do tej lodowatej kąpieli i nawet nie kichnęła :lol: Gosia w tym okresie zaczęła samodzielnie chodzić i robiła takie podchody: szła ścieżką w kierunku jeziora (Jezioro Rajgrodzkie, miejscowość Tama, pod Rajgrodem) i gdy ktoś z nas (dorosłych lub trochę starszych od Gochy – Zocha miała wtedy 4 latka, Agnieszka – 6) odwracał się w stronę Gochy, ta kucała i udawała, że wciąż jest w tym samym miejscu i tylko las się w Jej kierunku przesuwa :lol: taki to był gagatek od najmłodszych lat :-D

    • Asiap pisze:

      Grażyna, jesteś moją bohaterką!
      Namiot, balia żeliwna, spieprzający maluch!
      Ja po jednym nawiewającym ludziku mam spięty kark, rozbiegane spojrzenie i nerwowe ruchy, a teraz drugi…
      Cenię komfort, wygodne łóżko (dla dziecka ze szczebelkami), wanna, toaleta i gotowe posiłki 3 razy dziennie.

      A jeszcze na łódce…
      Herosi!

      • trigo pisze:

        Jedno było mocno denerwujące – pranie w misce w wodzie ze studni, grzanej na kocherze. Pamiętam jak mi w moczące się tetrusy kuzynka (rówieśnica mojej Agnieszki) nasypała piasku…. to było dopiero kopciuszkowe zajęcie. Kurcze, a karety i pantofelka o północy nie było :lol:
        Uwielbiam wygody, ale i eksperymenty. No, bohaterstwem trudno to nazwać :-P
        Np wyprawa z Gosią na Babią Górę (tzw. “Diablaka”, chyba z powodu nieprzewidywalnej całkowicie pogody) – opisałam to kiedyś w SE USA pod tytułem “Wciąż wyżej, coraz bliżej” i nawet kasę mi za top zapłacili :lol: a przedruk był w którymś z kwartalników BK pt “Mgła”.
        Najważniejsze – zostawiłam w busie ciepłe gatki Gosi i szła w takich leginsach do kolan. Na samej Babiej była jakaś mgła, a raczej chyba chmura, przenikliwy wiatr, było koszmarnie zimno, a kto na Babiej był, ten wie, że nie ma tam gdzie się skryć, ponieważ jest tam tylko sterta kamieni. Zimno, mokro, a moje dziecko owinięte płaszczem foliowym przeciwdeszczowym, przepasanym bandamką… I marsz powrotny – ogromna płaszczyzna skalna i zero widoczności. Ta mgła, czy też chmura, powodowała wrażenie, że świat się skończył i poza skalną płytą, na której kucnęłam z Gosią w ramionach – nie ma nic. Mimo postanowienia, że nie drgnę na krok – ruszyłyśmy i szczęśliwie zeszłyśmy. A Gosia? – nawet kataru nie dostała.
        Zawsze sobie wyrzucałam w takich momentach lekkomyślność, ale dodam, że byliśmy tam grupą łazików górskich, którzy pomagali. I powiem jeszcze, że – z perspektywy czasu – to była najlepsza re habilitacja. To nie sala do ćwiczeń, tu trzeba uważać jak się stopy stawia, utrzymywać równowagę, współpracować w grupie. No i jakie wspomnienia!
        A pod namiotem byłam ze swoimi sikoreczkami w Bieszczadach, tuż przy granicy polsko – ukraińskiej, ale Gosia miała wtedy już 7 lat! No i był dostęp do bieżącej ciepłej wody. I normalnej kuchni. Za to “tom renkom” deseczkę sosnową 2,5 cm łamałam, a moje córki 1,5 cm, a Gosia bosą nogą. I poznałyśmy wendoo, i ogólnie się asertywności uczyłyśmy :lol: – ja, na stare lata!

Wyraź swoją opinię

Powiedz nam co myślisz...