Na Libušín do miejsca zaskakującego w Beskidzie Morawsko-Śląskim
lipiec 6, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Tak, tam nas jeszcze nie było. Choć Beskid Morawsko-Śląski jest tuż za granicą w Czechach, to jakoś trudno tam dojechać. My dzięki Hasającym Zającom postanowiliśmy sprawdzić miejsce o nazwie Libušín https://mapy.com/s/movakufozo
Jak zobaczyliśmy to zdjęcie w internecie na poniższej stronie to zadaliśmy sobie pytanie: co to jest? Nie wyglądało to na schronisko, a tak było opisywane.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Beskid_Morawsko-%C5%9Al%C4%85ski
Okazało się, że podróż w Beskid Morawsko-Śląski to jak wyprawa na Śnieżkę pod względem czasowym. Nie było tak źle zatem. Dojechaliśmy do miejscowości Kunčice pod Ondřejníkem do części nazywanej Pod Stolovou-koliba. Stamtąd ruszyliśmy w górę.
Kamila z nami nie było, zatem Janek wpisał się w swoją ulubioną rolę “Ja pierwszy”. Kolor szlaku odpowiadał: żółty jak karteczka z planem przejścia. I tutaj ciekawostka. O ile zazwyczaj wiedzieliśmy czego się spodziewać, co dane punkty oznaczają, to tym razem obok nazw Janek nie miał informacji czy to będzie przełęcz, szczyt a może coś innego. O dziwo syn domagał się szczegółów, to było po raz pierwszy!
Góry wyglądały potężnie, jak Beskidy. Bardzo wybitne, choć wejście żółtym szlakiem do lasu wyglądało bardziej na trasę spacerową, niż górską…ale i tak to było lepiej niż asfalcik w Sudetach po stronie czeskiej. Długo to jednak nie trwało. Gdy Asia się przebierała, bo było raz zimno, a raz ciepło, Janek wydarł do przodu i okazało się, że nie dość że idzie się całkiem do góry jak w Beskidach, to szlak jest już mocno kamienisty.
Kolejne kroki i zacząłem wyobrażać sobie, że wchodzimy na Romankę. Im byliśmy wyżej, tym bardziej szlak przypominał to co doświadczaliśmy 8 lat temu. Janek tylko nas poganiał.
https://www.zespoldowna.info/romanka.html
Trawersowaliśmy szczyt o nazwie Kněhyně, który jest rezerwatem przyrody. Pojawiły się informacje na ten temat, a “Jarek źle napisał na kartce!” taki był feedback od syna. Żółta karteczka co raz bardziej pełni rolę informatora szlakowego, a co raz mnie planu wycieczki. Jak nie wiedziałem co kryje się za jakąś nazwą to po prostu nie wpisywałem określenia typu szczyt, przełęcz, wieś. Tutaj nie dość, że tego nie było, to pominąłem tą górę i syn mi delikatnie zwrócił uwagę, że nie przyłożyłem się do przygotowania planu wyprawy :)…ale szedł pierwszy, czasami czekał na Asię, czasami na mnie i chyba jako jedyny był w dobrej formie.
Trawersy jakie przechodziliśmy to była istna Romanka. Wąska ścieżynka nad urwiskiem, a potem mocno do góry i weszliśmy na szczyt o nazwie Čertův mlýn o wysokości 1 206 m npm. To miał być najwyższy szczyt zdobyty tego dnia. O dziwo zmęczyliśmy się. Nie była to Słowenia, ale czuliśmy to podejście w nogach. Usiedliśmy zjeść śniadanie z Panem Karolem, a potem Janek witał się z pieskami, których w tym miejscu spotkaliśmy kilka. Janek nie dość, że wszystkich witał po czesku, to oczywiście zagadywał po angielsku i podawał piątkę do przybicia. Dostawał je i to z dużą frajdą!
No i Čertův mlýn nas zaskoczył. Asia krótko:”Po co się wdrapywaliśmy na szczyt, by teraz z niego spadać!” Tak było. Zejście w dół było mocne, choć krajobraz się zmienił i z Jankiem stwierdziliśmy, że jest jak na Lackowej z Beskidu Niskiego.
Doszliśmy pod Tanečnice. Mieliśmy dwa warianty podejścia na Pustevny, przełęcz gdzie miał być nasz cel. Zdecydowaliśmy się wybrać zielony szlak, bo miał być łatwiejszy. Nogi po tej Słowenii coś nie chciały nas nieść. Nie było innego wyboru…i był to dobry wybór. Szybko, wręcz błyskawicznie doszliśmy do przełęczy a tam…i owszem był nasz cel: Libušín i Chata Maměnka…
W środku dzieła sztuki, jak nie schroniska. Tylko był jeden problem, typowo czeski problem. Z innej strony jest podjazd drogowy na przełęcz. Zatem aut mnóstwo. W tym miejscu schronisk-chat jest kilka, plus hotele. W sobotę miejsce to jest wyzwaniem by przetrwać. Jedzenie nie jest tak dobre, jak na dole. Tylko magnesiki są jak zwykle klasa! Nas zaskoczyły jeszcze te rzeźby z piasku. Jak oni to zrobili?!
Po odpoczynku wybraliśmy inny wybór drogi niż ten który był w przewidywaniach. Żółta karteczka tego nie przewidywała, tak samo jak potencjalnego podejścia na Čertův mlýn. Poszliśmy zielonym szlakiem i to był odpowiedni wybór. Po pierwsze widokowy. Po drugie, była to szeroka, w miarę płaska droga leśna bez wielu głazów. Zejście było zatem szybkie i beztroskie!
Dodatkowo skorzystaliśmy ze skrótu, który wyniósł nas nad dolinę tak, że lepiej być nie mogło. Widzieliśmy jak wygląda Beskid Morawsko-Śląski w jego południowej części.
Niestety na koniec musieliśmy zejść w dół do żółtego szlaku. Ta wysokość utrzymywana niemalże do końca, skutkowała tym, że na koniec trzeba było spadać w dół. Nie każdemu to się podobało!
Podsumowanie:
1.Na pewno wracamy. To jest niezły Beskid.
2.Trzeba pamiętać, że jest wyniosły nad doliny poniżej i to są góry.
3.Wydawało nam się, że te 14 km przejdziemy szybko i skutecznie. Niestety człapaliśmy powoli i żmudnie.
4.W weekend na szczycie może być dużo turystów. Najwyższy szczyt Lysa hora może być przez to “zawalona” turystami jak Śnieżka. Plan alternatywny? Od poniedziałku do piątku może być zupełnie inaczej.
5. Co do Libušín, to polecamy, bo jest to miejsce kompletnie inne niż wszystkie, a jak ktoś ma więcej sił, może jeszcze dołożyć sobie ścieżkę w chmurach, która jest tuż obok przełęczy. Atrakcji jest zatem mnóstwo, a i gór są solidne, fajne, typowo beskidzkie.















































