Abrahamów, Prusów i “żółty” zegarek.
sierpień 17, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Miało być gorąco. Miało być pięknie. Wybraliśmy tym razem w Beskidzie Żywiecko-Kysuckim trasę, która nas przyciągała z różnych stron. Jadąc do Zwardonia, po lewej stronie, widać charakterystyczną górę, z bardzo ostrym zejściem wchodzącą niemalże do “ekspresówki”. Intrygowało, co to za góra. Z drugiej strony jeden z kolegów powiedział, że można pójść trochę GSB i “…zobaczycie piękne widoki na Romankę, Rysiankę i dalej.” Przygotowaliśmy trasę, żółta karteczka zapisana w punktach, co kiedy i co to jest. Pojawiliśmy się pod strażą pożarną w Żabnicy, gdy było już 25C trzeba było ruszać.
Szykowało się kawał podejścia, oczywiście skrótami. Bardzo szybko widać było naszą “ekspresówkę”. Kamil krótko stwierdził byłeś i jak to on poszedł do góry, bo szkoda czekać, gdy cień jest tuż tuż. Janek powoli. Rozpędzał się, czytał, analizował, oglądał. Było mocno pod górkę.
Niewiele trzeba było podejść by móc popatrzyć na wielkość góry o którym wyżej była mowa. Prusów, była po drugiej stronie, wyglądała jak miejsce idealne do zjazdów narciarskich, a nie do wędrowania jak to my mieliśmy w planie. Dla Janka nie było to tematem. Analizował żółtą karteczkę i…”żółty zegarek”. Tak udało się dziecku założyć zegarek, pokazać, że ma mapy ze szlakami, mierzy wysokość, dystans i nawet godzinę. Motywowaliśmy go by się do niego przekonał.
Ja nie mogłem sobie odpuścić Beskidu Żywieckiego, to był kolejny powód by tu być. Zaczynaliśmy wędrówki, gdy jeżyny i jarzębiny były zielone. Teraz jeżyny były słodziutkie, czekały na mnie, a jarzębina krzyczała, że kończy się już lato tymi kolorami…a w Beskidzie to jarzębin jest bardzo dużo.
Po tych postojach, gdzie ekipa czekała aż się najem i napatrzę, weszliśmy na GSB (Główny Szlak Beskidzki). Zakładaliśmy, że skoro to weekend 15, to będzie trochę na nim ludzi…a tu pustka. Bardzo łagodny szlak pozwalał na dyskusję.”U mnie jedenasta trzydzieści!” potwierdził Janek, a Kamil miał to wszystko w tyle i jak to on znikał, tudzież się pojawiał.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
https://cowbeskidach.pl/miejsc
Kolejna nagroda czekała tuż przy szlaku. W Stacji Turystycznej Abrahamów, Janek zakupił swój pierwszy magnes tego dnia, ale mogliśmy się przede wszystkim rozkoszować śniadaniem patrząc na Romankę, Rysiankę, Lipowski Wierch, Boraczy Wierch i Redykalny Wierch. Te ostatnie jeszcze czekają na nas, ale się doczekają!
Posileni mieliśmy zejść w dół do Żabnicy Skałki. Było puściutko, szeroko i szlak raczej przypominał drogi zwózki drewna…ale to nie było problemem, gdyż było chłodniutko. Janek jak pojawili się turyści przywitał ich i pochwalił za wybór drogi. Sprawdzał ją na swojej mapie w zegarku i komentował, że mamy tylko 747 m wysokości. Dziecko powoli integrowało się ze sprzętem.
Jak doszliśmy na dół, to jak zobaczyłem ilość aut na małym leśnym parkingu, to sobie tylko tak powiedziałem: wszystkie góry muszą mieć swoją Dolinę Kościeliską i Śnieżkę. Tłumy szły do góry, a my też tworzyliśmy ten tłum. Chcieliśmy dojść do schroniska na Hali Boraczej jak oni wszyscy.
Najpierw był asfalcik, potem już szeroki dukt leśny odpowiedni dla tej ilości turystów. Można było się zmęczyć w tych temperaturach. Janka na pewno “chłodził” zegarek bo nawet przez chwilkę nie było marudzenia, tylko spoglądanie na niego i “darcie” do góry.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
A na górze tłumy, bardzo duże tłumy! Na szybkiego kupiliśmy magnes i szybko uciekaliśmy z tego miejsca. Po prostu przyjeżdżali wykonawcy na jakieś wydarzenie. Oni sami tworzyli już całkiem spory tłum. My szliśmy na Prusów. Nasz 1068 szczyt (dopisujemy 2 do tego zestawienia z tego dnia).
https://pl.wikipedia.org/wiki/
https://cowbeskidach.pl/miejsc
Jak dla kogoś było za mało widoków, to teraz nie mógł mówić że ich nie ma. O dziwo Kamil nie powiedział, na żaden ze szczytów “byłeś”, ciekawe. Trzeba będzie to nadrobić. Janek gonił aż miło do przodu, bo on jednak w cieniu będzie pił i odpoczywał. Kamil miał ten sam pomysł i do cieniu doszedł pierwszy. W końcu ciastka czekały.
Na tej grani jak na Abrahamowie co chwilkę mieliśmy polankę, większą, mniejszą. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś tutaj nie było lasu tylko aż “pod sufit” były pola uprawne i łąki. Janek próbował znaleźć owieczki, nawet o nich śpiewał, ale jakoś nie wychodziły.
Prusów to taki niepozorny i zdradliwy szczyt. Wydaje się, że idziesz powolutku do góry, a potem wychodzi że było mocniej niż się spodziewałeś. Janek wiedział, że jak będzie 1010 m npm to jesteśmy na szczycie. Więc szukał tych 1010 na zegarku.
W końcu pojawiła się hala. Według Janka na jej końcu miał być szczyt…i było widokowo jak miało być i to w każdym kierunku.
Jednak szczyt miał małą niespodzianką dla nas. Szliśmy ścieżynką wydeptaną w poszyciu lasu i bardzo szybko doszliśmy do punktu z oznaczeniem szczytu. Podeślijmy dalej i okazało się, że mamy w jednym miejscu nawet 3 tabliczki…po prostu na bogato :)
Schodząc z niego mieliśmy pełną “miskę” pięknych widoków w kierunku na Beskid Śląski od Baraniej Góry po Skrzyczne i naszą “eskę”. To było to!
Po tej stronie Prusów nie było już niespodzianek. To co było widać z “eski” tutaj się potwierdzało. Bardzo strome zejście, wręcz spadanie niczym podczas zjazdów…ale było bardzo fajnie i tajemniczo, gdy popełnialiśmy znów skróty. Janek zegarek miał w ręce i kontrolował je, odmierzał spadanie w dół, poganiał bo “zamkną restaurację”. Zegarek tworzył cuda. Nie było marudzenia!
W końcu musieliśmy skręcić w dół. Nie było wyjścia. Janka zegarek nie widział tego skrótu, a my musieliśmy to zrobić. Zdziwiło się dziecko troszeczkę, te duże całkowicie. Po chwili to jednak on nas prowadził, bo też chciał w końcu trafić w dół prosto do auta.
Kamil, który namierzył przejście tylko sprawdzał czy reagujemy prawidłowo. Janek go tylko zaczepiał, że mają zrobić “markowe pajacyki”. W końcu zareagował i udało się…tylko z tym że jak Janek poleciał do nieba, to Kamil jeszcze odliczał wszystko na ziemi.
Patrzyliśmy na Romankę, gdy pojawiły się owce. O ile z daleka Janek był pierwszy do nich, to jak zobaczył że idą do nas to tylko usłyszeliśmy “Baran!” i tyle było Janka. Jakoś nie był nimi zainteresowany ani przez sekundę. Ważne, że już było widać domy i dach straży pożarnej, a tam czekało auto.
Doszliśmy w tym upale do końca. Prusów kompletnie nas zaskoczył, był wybitny z pięknymi widokami. Abrahamów był za to łagodny, ale niczym w kinie mogliśmy podziwiać najfajniejsze widoki tej części Beskidów. A zegarek? To się udało. Mamy kolejny patent na Janka. Niesamowicie się sprawdził, zaintrygował go. Potraktował go jako niezbędną część do chodzenia po górach i korzystał z danych jakie sobie tam odnalazł. To już kolejny “motywator” i jak na razie wszystko się sprawdza.
Na koniec muszę powiedzieć o naszym przejściu to, że jak ktoś chce odpocząć, popatrzeć na góry to oba są tymi, gdzie można mieć wiele dla siebie, w tym ciszy i spokoju. Polecam.


































































