Wielka Czerwenkowa, Bugaj, Bania…czy znasz te szczyty?
sierpień 10, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Po naszej sobotniej wyprawie wysłałem do Tomka “górala” takiego jak my, pytanie czy zna te szczyty: Wielka Czerwenkowa, Bugaj, Bania, Jaworzyna, Kikula. On o pierwszych trzech nie słyszał, ale kolejne dwa to chyba był…jak się okazało na innych niż my w sobotę, gdyż to popularne nazwy szczytów w tych miejscach gdzie pasterscy Wołosi doszli w swojej ekspansji. Gdzie te góry są? Cóż trafiliśmy na koniec Worka Raczańskiego, znów w Beskidzie Żywieckim (Żywiecko-Kysuckim). Patrzyłem na mapę, gdzie tym razem powędrować, gdy okazało się że jest kawałek szlaku, którym jeszcze nie chodziliśmy. By było jeszcze lepiej, była na mapie to ta część właśnie Worka Raczańskiego, której brakowało nam do całości, bo byliśmy od strony Wielkiej Raczy i byliśmy od strony Rycerzowej. Mieliśmy cel.
https://www.zespoldowna.info/beskid-zywiecki-ucieczka-od-upalu-cz-1.html
https://www.zespoldowna.info/wielka-rycerzowa-bendoszka-wielka.html
…choć nie tak szybko. Środek wakacji, to wszyscy chcą iść w góry. Patrzyłem na “twardą” mapę i zauważyłem, że nie dość że jedziemy w bardzo odległy obszar Beskidu, to jeszcze daje on szansę na ucieczkę na trasy graniczne, na których nikogo może nie być, bo tak było chociażby na Wielkim Przysłopie tydzień temu w upałach. Dojechaliśmy do Rycerki…i ten wątek stał się dla nas wątkiem numer 1. Na żadnym parkingu nie było miejsca tyle było aut. Jakoś sobie poradziliśmy, ale liczba ludzi trochę nas przeraziła.
Pierwsza ucieczka. Turyści z parkingów szli zielonym do góry, który trawersuje Bendoszkę Wielką. My prosto asfalcikiem “leśnym” aż pod samą Bendoszkę Małą. Efekt. Nikogo po drodze…przepraszam z wyjątkiem biegnącej Pani.
Kamil jak zwykle rozrywkowo odjechał nam trochę, ale przy zejściu na “skrót” to się zatrzymał. Janek był zatrzymany od początku, bo miał tym razem swoją żółtą karteczkę, nawet plan przejścia na telefonie i coś mu tutaj nie pasowało, że idziemy skrótem a nie zielonym przecież, jak wszyscy. Stale powtarzał, że na Przegibek idzie kupić magnes. Minęliśmy wtedy rodzinę z dziećmi i wspaniały drogowskaz do wodopoju. Spodobał się.

Nie mogło być inaczej Kamil pierwszy zameldował się w schronisku…które odnowione wygląda jak jeden z domów pośród innych w wiosce.Coś dawno nas tutaj nie było, gdyż różnica między tym co zobaczyliśmy, a co było 6 lat temu, była istotna :) wliczając w to odpoczywającego kota i buszującego bernańczyka.
Tutaj się dowiedzieliśmy skąd takie tłumy. “Ano” dla chodząco-biegajacych był maraton górski, a dla jeżdżących na rowerach, maraton rowerowy. Było zatem tłocznie a miało być bardziej, gdyż zawody się rozkręcały. Naszą kolejną ucieczką miała być Bania.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bania_(Beskid_%C5%BBywiecki)
Wątek numer 2 to były tłumy ludzi. Wątkiem numer 3 stała się pogoda. Dla nas wybór Bani był celem, który miał połączyć oba wątki. Pogoda po wspaniałym, chłodnym poranku, zmieniła się na upalną. Mieliśmy zawodników wokół nas, ale chcieliśmy jednak uciec gdzieś, gdzie będą góry tylko dla nas…nie każdemu to się podobało, bo przecież był niebieski szlak, po chwili czerwony i jak sięgnąć wzrokiem góry, w których nas nie było. Janek podziwiał i sprawdzał, czy był … a nie był, a pamięć górska znacząco się u niego poprawiła.
Akurat pod Banią czerwonym szlakiem wędrował, ale na Bani nie był. Kamil szczęśliwy, że może gonić do przodu, nawet się nie pytał. Trzeba było go zatrzymać i się zdziwił jak skręciliśmy na skróty. Przecież ta góra przy szlaku, była jak wielka ściana, a tutaj my skręcamy w prawo prosto na nią. Był zdziwiony!
Jeszcze bardziej się zdziwił, jak po krótkiej walce z ożyną wszedł na drogę leśną, która było o wiele lepsza od czerwonego, wąskiego szlaku. Bania jest jak ostrosłup. W dowolny sposób na nią wejść…nie da się. Trzeba wybrać po prostu ten…bo tutaj jakoś ten ostrosłup jest łatwiejszy. Wtedy góra daje dużo wsparcia, a wejście na nią kończy się niespodzianką w postaci tabliczki na szczycie. Nie trzeba było chłopaków ustawiać. Jak zobaczyli to sami się ustawili.
Wątek 4. Wszystkie góry mają szczyty i doliny. Ta część Beskidu od razu skojarzyła mi się z Górami Suchymi, gdzie wchodzi się na ostry szczyt wypluwając ostatnie siły, by po chwili “zejść” to wszystko w dół. I co góra to ostrzej!!! Bania dała popalić i pod górę, i w dół. Nie bez powodu wygląda z Przegibka groźnie. Dla Janka najważniejszym było to, że odhaczył kolejny punkt z jego żółtej karteczki.
Dla Kamila, który tylko albo czuje radość i żartuje, albo jest skupiony na planach zakupowych 168 takiej samej bluzy 15 grudnia, zejście w dół w przepięknym dzikim lesie nie stanowiło tematu. Coś mówił, coś piszczał i szedł sam szybko w dół. Znów, nigdy tutaj nie był, a szedł jakby znał każdy kawałek tego szlaku. Zniknął nam i liczyliśmy, że gdzieś poczeka. Widać go było z daleka. Janek aż przyspieszył, ale jednak nie do brata, ale do słupka, gdyż pojawi się czerwony szlak. Uwaga wraz z nim 6 osób, w tym zawodnicy na rowerach. Był czas na ucieczkę w bok po raz kolejny z tego szlaku.
Wątek numer 5 to jednak była chęć poznania czegoś nowego. Wybór szlaku, nazwijmy “wopistów”, nauczył Janka jednego: Idziemy GRANICĄ . Potem w relacjach z wyprawy wszystkim wciskał, że był za…granicą. Pojawiały się pytania i trzeba było tłumaczyć! Zatem szliśmy dalej granicą i dzięki temu bez ludzi…choć jeszcze czerwonym szlakiem.
Po bardzo fajnym przejściu w idealnym cieniu wspaniałego lasu, to jest ten wątek pogodowy, albo wypraw na upał, dotarliśmy do Kikuły…która to już na trasie zdobyta przez nas? Ja już nie umiem ich wszystkich wyliczyć, ale tak z pięć by się znalazło choćby ta z wyprawy na Magurę. Była to zatem nasza kolejna.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Wątek numer …kolejny niech będzie to las. Szliśmy zaskoczeni, że po lewej stronie mieliśmy wspaniały bukowy las jak na Lackowej, kto był to wie o co tutaj chodzi, a po prawej…jak z 20 lat temu w Karkonoszach. Stojące kikuty świerków. To była istotna różnica. Jak już nie było kikutów świerków to pojawiały się młodniaki, ale wciąż byliśmy na granicy dwóch światów. Janek gonił Kamila czerwonym i się zdziwił, gdy okazało się, że nie skręcamy jak znaki to pokazują, tylko idziemy prosto. Był bunt…bo czerwony.
Jednak Jaworzyna nie chciała być na czerwonym tylko wśród jagodzisk po słowackiej stronie. Janek pogodzony z tym pogonił z radością by ją odkryć. On pierwszy do niej trafił. Jeszcze sprawdził z żółtą karteczką czy dobrze idziemy i już pobiegł za Kamilem by wejść na Bugaja.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Wątek kolejny widoki. Jak się idzie przez lasy, to nawet graniówka może nie dać szans na widoki. Zapewniam, tutaj te widoki się pojawiły, po najłatwiejszym szczycie do zdobycia, choć najwyższym Jaworzynie. Pojawiła się Mała Fatra wow!
My z Asią na Fatrę, a nasi chłopcy pod jakąś wielką górę zaczęli się wspinać. Czyżby to były Bugaj?
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Zauważyłem prawidłowość dnia dzisiejszego: na każdy szczyt zaczynający się na B, chłopcy wchodzą mocno pochyleni. Czyżby były tak ostre? Potwierdzam, że tak.
Bugaj został zdobyty. Z wrażenia musieliśmy usiąść. Ja podsumowywałem wszystkie wątki: było świetnie pogodowo, cień był bardzo sprzyjający, nikogo na tym szlaku nie było, góry były niesamowite, a widoki jeszcze bardziej. Czego więcej chcieć? Odpowiedniego zejścia w kierunku do czerwonego.
Chłopcy zgodnie prowadzili. Czasami niezgodnie, bo Jan wyprzedzał Kamila a ten jakoś tego nie mógł odpuścić więc walka trwała. Nagle było mocne podejście, słupek graniczny w centralnym miejscu górki i okazało się, że zdobyliśmy kolejny szczyt.
Mapy.cz dopóki mocno nie przybliży się, nie wyróżniają go jakoś. Potem okazuje się, że to Wielka Czerwenkowa. Dziwna nazwa, Asia próbowała sprawdzić co to, ale nawet nie było takiego # w interniecie. Czyżby tam się nie chodziło? Nic tam, to był nasz 5ty szczyt tego dnia, pusty, zaskakujący do naszej kolekcji liczącej już 1 066 szczytów po tym ostatnim. Wynik 1 066 brzmi bardzo dobrze…ale wracamy do zejścia z Wielkiej Czerwenkowej.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Zejście wytłumaczyło dlaczego tutaj nie ma ludzi. Było ostro jak na Oszuście i jak już myślałeś, że to koniec zejścia, był następny etap, a potem następny. Zejść jakoś się dało, podejść można by było się zmęczyć.
Nagroda za zejście? Widok na Orła w masywie Wielkiej Raczy, a potem piękny czerwony szlak na Halę Śrubitę. Co niektórzy dostali dzięki temu mocy i trzeba było gonić. Znów gonić!!!
Kamil usłyszał tylko, że idziemy do drogi. Janek wypatrzył ją pod sianem i trzeba było do niej przejść. Na hali widać było ludzi zauroczonych nią. My też mocno zwolniliśmy, bo warto w tym miejscu zatrzymać się chociaż na chwilę. Jest wyjątkowe.
Droga znaleziona. Mieliśmy już iść skrótem do Rycerki, do żółtego. Kamil upewniał się czy aby na pewno. Janek i tak nie mógł “wolniejszego” w tym momencie brata dogonić, gdyż pojawił się jeleń z rogami, ślimak, chrząszcz, grzyby i wiele zbyt ciekawych rzeczy, byśmy mogli utrzymać tempo Kamila.
Kamil czekał na nas już przy asfalciku niedaleko leśniczówki. Janek zaproponował rytualne, markowe pajacyki i mógł świętować to, że doszliśmy do żółtego a nim było już blisko do auta.
Jak było? Tajemniczo, pusto choć wśród wielu ludzi, przepięknie widokowo, zaskakująco przyrodniczo, poznawczo (“Jestem za…Granicą!”). Na pewno jest to szlak na “dzień upalny”, daje wytchnienie, jakiego nie ma gdzie indziej. Pomimo 15 km nie czuliśmy zmęczenia, ale był luz i spokój idealny by wracać. Polecam Wam.
PS.Znalezione. Wielka Czerwenkowa oznacza nie mniej nie więcej tylko WIELKI RUDY/CZERWONY SZCZYT.















































































