“Poligon beskidzki” czyli Wielka Rycerzowa, Świtkowa, Pański Kamień, Oszus, Jaworzyna, Smereków Wielki
październik 19, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Ponad 25 lat temu, Dyrektor Dorota szkoły Kamila dla autystów, stale powtarzała, że każdemu dziecku należy dać wolności, by doświadczało i uczyło się. Cóż na weekend Janek doznał wolności od Rodziców, bo była impreza urodzinowa, zatem my z Kamilem dostaliśmy zgodę Asi na wyjazd w góry, by doznać wolności. Długo nie zastanawiałem się gdzie, gdyż w końcu chciałem ocenić kto ma rację: Ci którzy mówią że Oszus (Oszust), czy Świtkowa, czy może jednak Smereków Wielki. W ten sposób czekał nas do pokonania “poligon beskidzki” który jest już kanonem “umęczenia” w tych górach i moglibyśmy z Kamilem porównać to do tego, co dają nam nasze Góry Suche.
Początek był zaskakujący…w końcu już jesień. Najpierw było ciemno, a potem przyszło otrzeźwienie, że na zewnątrz jest -4C!
Ubrani jak na zimę, byliśmy przygotowani i wystartowaliśmy “naszymi śladami” z poprzednich wypraw. To nie jest tak, że tutaj nie byliśmy. Jednak po raz pierwszy mieliśmy przejść tą trasę na raz. Wymagało to od nas prędkości i Kamil od razu wziął sobie to do serca. Pierwsze podejście i na liczniku ponad 4 km na godzinę, gdy my zazwyczaj mamy tutaj 2,5 km. Musiałem się przyzwyczaić, że to będzie inne maszerowanie, niż całą Rodziną.
https://www.zespoldowna.info/w-beskidzie-zywieckim-najtrudniejsze-podejscie-jest-na-oszusa-czy.html
Kamil pomimo prędkości marzł ale o dziwo cieszył się. W końcu było na tyle zimno, by móc potwierdzić sobie, że grubą bluzę, sztruksy można ubierać. Wbiegał pod górę i gadał o tym jak najęty…ale mi też było zimno. Oj jeszcze nie przywykliśmy do takich temperatur. Rozgrzało nas słońce i piękno jesieni, które im byliśmy wyżej ,pokazywały swoją moc. Było bajkowo!
Naszym pierwszym punktem kontroli naszych możliwości miała być Wielka Rycerzowa. Ostatnio wchodziliśmy na nią przez Schronisko na Hali Rycerzowej, tym razem postanowiliśmy wybrać się zielonym szlakiem na Małą Rycerzową i stamtąd wejść na nią. Ten punkt pokazał na zegarku i jego pomiarze podejście ok. 650 m do góry na dystansie ok. 5,6 km co zajęło nam 1:40h…czyli o 25 minut szybciej niż pokazywały szlakowskazy. Dlaczego o tym piszę? Skoro mieliśmy z Kamilem, chłopakiem z istotnym zaburzeniem autystycznym, zrobić “poligon beskidzki” to należy też pokazać, co on osiągnął. Jeszcze wytłumaczenie, co to jest poligon beskidzki. Kiedyś jak przygotowywano się na treking w Himalajach, to właśnie tutaj trenowano wytrzymałość i kondycję. Powstała nazwa do określenia najbardziej dzikiego i najbardziej wymagającego przejścia w Beskidzie Żywieckim. My z tym postanowiliśmy się zmierzyć. Wielka Rycerzowa była miłą rozgrzewką na której zrobiliśmy sobie postój na śniadanie. Dlaczego tam? Nie było nikogo w górach, była piękna jesień i widać było wszystkie góry od Babiej Góry przez Tatry, aż po Małą Fatrę przez całe Beskidy. Było smacznie.
Pierwszy punkt i Kamil nie wykazywał zmęczenia. Ja tak. Kamil zdziwił się, że przez dłuższą część trasy byłem ciut za nim, ale większość trasy miał dla siebie. Tak jak to Dyrektor Dorota mówiła, Kamil dostawał wolność dla siebie. Po odpoczynku rozpoczęliśmy zejście w dół…i od razu było widać jak wiele daje Janek i Asia Kamilowi. Pomimo wolności, brakowało mu pewności, wskazówek jak ma iść. Zazwyczaj idzie albo za Jankiem, albo z Asią. Tutaj miał wolność…zatem gadał o jesieni, o bluzach, co kupi 15 grudnia i gdzie, o lodach które tak lubi, o Asi, o Janku, kalendarzu na 2027 rok i tak w kółko. Ja po prostu cieszyłem się, że jestem pierwszy w końcu.
Zabawa się skończyła. Doszliśmy do Przełęczy Przysłop pod Świtkową. Kamil usiadł. Chciał pić, dostał nagrodę 4 kostki czekolady gorzkiej 85% i stwierdził, że idzie. On wiedział co go czekało, że jest bez Janka z dużą dozą wolności. Próbowałem trzymać się go, ale powtórzę to jeszcze raz: byłem bez szans.
Włączyło mi się porównanie do Gór Suchych: “Przecież ta Świtkowa to jak Włostowa”. Poczułem się przez to pewniej, wiedząc że Kamil da radę. Doszliśmy do ściany Świtkowej i już tak nie straszyła jak za pierwszym razem. Kamil wyszukiwał sam drogę. Nie szedł już “korytem”, jak to robił wtedy za pierwszym razem, tylko drogą Jasia. Gonił do góry i tylko gadał. Teraz o Jasiu i że jest ślisko bo lód.
Zdjęcia nie oddają wysiłku jaki trzeba włożyć by podejść na górę, nasz drugi punkt z planu. Kamil zrobił to z zadziwiającą sprawnością techniczną, czego brakowało mu za pierwszym razem. Na koniec oczywiście usiadł na słupku i patrzył na mnie z góry próbując mnie przyspieszyć wzrokiem :)
Świtkowa to było podejście 550 m od przełęczy i 146 m do góry w czasie 20 minut. Zmęczyła ale nie powaliła.
Usiedliśmy na chwilkę by odpocząć. Góry to mają, że jak wejdziesz to zaraz będziesz schodził. Tutaj też tak było. Naszym kolejnym szczytem miała być Bukowina, na której byliśmy ostatnim razem. Nie spodziewaliśmy się problemów, ale końcówka znów dała popalić, a nie była jakoś stroma. Chyba byliśmy już zmęczeni, a to nie była jeszcze połowa.
Z Bukowinki znów w dół, by po chwili podchodzić do góry. Oj nie, tym razem to ja potrzebowałem odpoczynku i znów było wspaniale patrząc na Smreków, Jaworzynę i Oszusta. Tym szlakiem jeszcze nie szliśmy, więc warto było poczekać. Wtedy pojawił się pierwszy turysta tego dnia Pan Paweł. Patrząc na Kamila, który cieszył się i podskakiwał, spytał się skąd idziemy. Nie czując intencji powiedziałem, że od Wielkiej Rycerzowej. Pan Paweł skwitował: “Macie dużo sił, po tak długim dystansie, że jeszcze dla rozgrzewki podskakujecie.” Złapałem to po chwili i tłumaczyłem, że Kamil to autysta. Pan Paweł spytał się, gdzie idziemy, a ja znów nie wyczułem intencji mówiąc, a że to połowa trasy i jeszcze na Oszusta i Smereków idziemy. Pan Paweł krótko podsumował:”Jesteście nie do wykończenia na to wygląda.” Czy my nie wystartowaliśmy zbyt ambitnie tak sobie wtedy pomyślałem.
Przejście do Beskidu Bednarów było dużą przyjemnością w otoczeniu pięknej jesieni. Owszem były podejścia i zejścia ale dało się iść. Po jego minięciu, Kamil się zatrzymał. Co to pomyślałem, gdyż nie planowaliśmy tutaj niczego, choć szliśmy pierwszy raz, nie spodziewaliśmy się niespodzianki. Jednak podejście na Pański Kamień znów wymagało od nas siły. Na ostatnich 150 m mieliśmy 70 m do góry.
Pański Kamień został zdobyty. Tutaj jednak musieliśmy znów odpocząć. To nie była dobra wiadomość dla nas. Kamil wciąż gadający, nawet idąc pod górę, nie mógł wyrównać oddechu przez chwilę. Dopiero jak dostał kawałek czekolady gorzkiej od razu był gotowy do dalszego przejścia, a było znów pięknie z widokami na Małą Fatrę leżącą niczym w zasięgu ręki.
Postraszyła nas jedynie Wysoka Magura. Była tuż obok szlaku i przerażała swoją stromizną…ale na szczęście nie był to Oszust. On w końcu pojawił się. Mieliśmy do pokonania od Przełęczy pod Oszustem kilkaset metrów do tablicy oznaczającej rezerwat. Od tego momentu zaczynało się podejście.
Na początku wchodzi się na małą górkę.
Potem pod kolejną małą górkę z tym, że na jej końcu był próg, który już męczył. Za nim pojawił się on. Oszust ze swoim podejściem. Już wiedzieliśmy, że Świtkowa to najbardziej strome podejście Beskidu Żywieckiego…ale Oszust wykańczał.
Ja ledwo ledwo. Kamil w swoim stylu, jak się zmęczył to odnajdywał słupek graniczny i odpoczywał. Poziom nachylenia był skrajny jak na szlak. Dogoniliśmy tam Pana Pawła, co skwitował precyzyjnie: “Niesamowicie szybcy jesteście!” Kamil na samej końcówce, prawie na “ścianie”, minął go i siadł w oczekiwaniu na mnie.
Ja padnięty w końcu doszedłem. Oszust to 680 metrów dla nas i 181 m przewyższenia. By go pokonać potrzebowaliśmy 24 minuty. Był najtrudniejszy. Usiedliśmy obok Pana Pawła i tym razem były ciastka. Kamil gadał, Pan Paweł się go pytał i tak daliśmy szansę sobie odpocząć…ja od gadania z Kamilem, który bardzo szybko się zregenerował kwitując przerwę:”Za tydzień Tatry!” Padłem.
No właśnie. Z Oszusta nie spada się, ale mimo wszystko mocno schodzi. W końcu to ja byłem pierwszy. Kamil powoli szedł za mną, bardzo ostrożnie wybierając drogę, gdyż pojawiło się błotko. Do tej pory mimo wszystko trzymał mróz. Zdążyliśmy się już rozebrać i z kurtek, z bluz grubych…ale dopiero tutaj zrobiło się ciepło i błotniście.
Kamil miał dość. Na szczęście minęliśmy parę turystów, do których nawet powiedział cześć, jednak miał już dość wchodzenia i schodzenia. Udawało się utrzymać go w tej świadomości aż za Kaniówki. Nagle tuż za nimi pojawiło się podejście, o którym ja zapomniałem, na Jaworzynę. 250 m i 60 m do góry zmęczyło nas ostatecznie. Kamil siadł na słupku i czekał na mnie.
Pokazywał tylko na Oszusta z tyłu, że tam nie idziemy. Zapewniałem go, że nie zamierzam. Teraz już wracamy do auta przez Smereków Wielki. Spotkaliśmy Tatę z synem na szlaku. Popatrzył na nas i tak patrzył. Zapytał się czy pierwszy raz idziemy tym szlakiem, odpowiedziałem że nie. Dopytywał, czy nie mam małego syna i żonę. Potwierdziłem, że syn jest już dorosły, ale tytułem ZD jest po prostu niższy od nas. Wtedy wszystko stało się jasne. Spotkaliśmy się ostatnim razem na podejściu na Oszusta. Pochwalił nas, a jak usłyszał, że tym razem robimy poligon beskidzki, był pod silnym wrażeniem.
Przeszliśmy przez “ogród botaniczny” pełny wejmutek, daglezji, pięknych jodeł na zboczu Smereków Wielki. Oszust pojawiał się stale gdzieś obok. My zaś znów do góry, który to już raz dzisiaj? Kamil nawet się ucieszył, bo szliśmy pod górkę, ale nie wspinaliśmy się. To była istotna różnica.
Dobre już jednak się skończyło. Czekało nas wyzwanie największe tego dnia: zejście ze szczytu. Po pierwsze prawie pionowe. Po drugie w błocie. Zapowiadało się.
Pierwszą “skocznię” Kamil nie chciał pokonywać sam. Ostatnim razem Asia wspierała go i szło mu wtedy bardzo sprawnie. Teraz miał wolność i była zbyt ciężka, żeby dać radę samemu. Czekała na nas “druga” skocznia, tym razem po trawie pełnej wilgoci. Na szczęście spotkaliśmy Pana Janka, on nam powiedział jak schodzić, bo wchodził. Byłem mocno spocony, choć ju byliśmy tylko w koszulkach…z wysiłku. Kamil szedł trzymając się mnie, albo moich kijków. Sam bał się ze względu na błoto. Był dzielny i poradził sobie.
Zejście zabrało nam 38 minut. Dystans 1 200 m i 212 m w dół. Smereków Wielki wciąż jest u mnie w topie tytułem wysiłku jaki trzeba włożyć by na niego wejść i zejść. My byliśmy szczęśliwi będąc pod nim, z dołu wyglądał bardzo niewinnie. Kamil skwitował: “Góra nie, Tatry tak…obiad tak, zupa tak, kotlet tak…” i mogliśmy wracać do auta w dół do Soblówki.
Poligon beskidzki mnie wykończył. Zegarek skwitował, że się “przeciążyłem”. Jak popatrzy się na odczyt z zegarka to wygląda tak jakbyśmy odwiedzili Orlą Perć w Tatrach, a z mapy.cz Rysy od słowackiej strony. To nie były żarty, ale wspaniała przygoda, którą przeszliśmy podczas ok 8:30h. To było szybkie przejście, miał rację Pan Paweł! Mogłem być dumny z Kamila jak to pokonał i to że cały czas był w świetnym nastroju.
Porównując wszystkie szczyty, to na pewno każdy z nich jest wyjątkowy. Jedno jest pewne, że Switkowa jest najbardziej stroma, Oszust najbardziej wykańczający, a Smereków w zejściu wymaga dużej koncentracji, a na podejściu chyba wyjątkowej determinacji by wejść. Czy można to porównać do Gór Suchych? Nie da się. Beskidy są wyższe a odległości miedzy szczytami są duże. Góry Suche to góry interwałowe, gdzie odległości między nimi nie są znaczne, ale wędrowanie to ciągłe wchodzenie i spadanie. W obu górach można mocno się zmęczyć, jeżeli ktoś tego pragnie.





































































































