W drodze na Oźną.
marzec 17, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
To był pomysł Asi, by trafić do schroniska położonego pod Oźną. To też miał być od dawna pierwszy nasz wypad w Beskid Żywiecki, a w szczególności w Beskid Żywiecko-Kisucki lub Kysucki jak go się nazywa.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Nie znamy tej części Beskidu, nie chodziliśmy nim, choć na Wielkiej Raczy, Wielkiej Rycerzowej, Wielkiej Bendoszce to już tak , stąd pomysł wydawał się bardzo fajny…wędrówka w nieznane góry.
https://www.zespoldowna.info/wielka-rycerzowa-bendoszka-wielka.html
https://www.zespoldowna.info/wielka-racza.html
Brzmiało to bardzo zaskakująco, bo wydawało się, że tam też już byliśmy…a jednak. To miała być wyprawa bez szlaku. Niebieski, który istniał jeszcze do 2011 roku zniknął i w raz z odbudową schroniska ma być reaktywowany. O tym jednak dowiedzieliśmy się już po przechodząc jego śladem w wielu miejscach. Tutaj znajdziecie jego dawny przebieg:
https://naszlaku.com/beskid-zy
Janek był w wyśmienitym humorze. Kamil w jeszcze lepszym. Cała rodzina gotowa była do wędrowania. Zatrzymaliśmy się w Rycerce Górnej przy tartaku. Tam widać było tabliczkę kierującą do schroniska i góry, masywne dominujące nad nasza doliną. Tamtędy mieliśmy wracać.
Pierwsze podejście i piękne, ciągnące się aż po horyzont łąki ze wspaniałymi widokami. Ciekaw byłem jakie natchnienie i komu przyniosą. Kamila nie dało się spytać, gdyż po prostu jak zwykle zniknął. Janek szukał “NIEBIESKIEGO!” i nie mógł go znaleźć. Najważniejszym było trzymać się linii energetycznej. Ścieżka która wiła się obok prowadziła przez niesamowite miejsca: Oźnę, Doliny.
Patrząc we wszystkie strony stwierdziłem, że to szlak dla introwertyków, melancholików i poetów. Było za spokojnie i za pusto. Kamil nagle się pojawił gdzieś na górze i czekał. Janek szybko do niego doszedł i był problem. Janek chciał iść koniecznie do schroniska, bo magnez, a my chcieliśmy zdobyć najpierw górę.
Udało się Janka przekonać. Pobiegł on na szczyt Oźnej, inny niż wszystkie. Zrobiliśmy zdjęcie i Janek pobiegł dalej, bo na szczycie też był kierunkowskaz na schronisko. Kamil nie miał szans by go dogonić.
Zdziwiłem się nieludzko, gdy Janek minął zabudowania, które wyglądały jakby były schroniskiem. Wołam, krzyczę a on goni. Kamil zatrzymał się i czekał. Janek nawet nie oglądał się za mną. Krzyczę: “Janek schronisko!” Usłyszałem: “To nie jest!”. Miał rację, kiedy on to zobaczył?! Kiedy się dowiedział, skąd to wiedział?!
Jednak dzięki niemu zobaczyliśmy po raz pierwszy w takiej ilości wilczełyko. Znów użyję tego słowa: przepięknie kwitnące i pachnące! Z Asią patrzyliśmy na krzew, a Janek był już na dole przy schronisku.
Miejsce urokliwe. Chłopcy od razu zagospodarowali ławeczkę i huśtawkę. Wyglądało na zamknięte, ale Pani Agata wpuściła nas i zaprosiła na herbatę, a dla Janka na kawę z mlekiem. Miejsce inne niż wszystkie jakie znamy i wciąż bez turystów, którzy nawet nie wiedzą, że takie miejsce tutaj jest.
Pani Agnieszka opowiedziała, że schronisko będzie już ze wszystkim gotowe. Janek oczywiście zakupił magnes, oczywiście kazał sobie zrobić zdjęcie…a potem nie za bardzo chciało mu się wyjść. Jednak poszedł. Cóż niebieski czekał i go znaleźliśmy w końcu! Janek jak to zobaczył, pogonił do przodu, a szlak wyjątkowo urozmaicony w tym miejscu, łącznie z przeszkodami terenowymi. Naszym celem była Magura, osiedle od którego mieliśmy dojść skrótem do czerwonego szlaku prowadzącego na Kikulę.
Mogliśmy sobie na nią popatrzeć na zejściu. Janek nawet dopytywał się, ale mapa nie pomagała rozróżnić co jest co, a ja nie umiałem. Doszliśmy do czerwonego. Zdziwiliśmy się widząc turystów na szlaku, to było coś nowego dla nas, tak samo jak lód.
Dla Kamila nie stanowiło to problemów, dla nas już tak. Gdy on odwrócony do nas tyłem odpoczywał, my powoli musieliśmy gonić go…a na szczycie śniegu i lodu już nie było!
Janek zaordynował, gdzie ma być zdjęcie i nawet stawiał się, by nie robić go po polskiej stronie. jakoś mu mniej to pasowało.
Zaraz za szczytem pojawiła się piękna (znów) polana z jeszcze lepszym widokiem. Dyskutowaliśmy z Asią co to za góra, ale nie uzyskaliśmy consensusu. Za to chłopcy potwierdzili, że chcą jeść i było śniadanie…z widokiem nawet na Tatry. Polecam!
Janek sprawdził mapę. Na niej Magura szczyt, był niedaleko od nas. Widać ją było. On nie czekał. Kamil za nim. Znów się okazało, że my rodzice jesteśmy najwolniejsi na tym trekkingu.
Kamil musiał poczekać na nas, bo spodnie się pobrudziły. Autysta nie mógł się z tym pogodzić. Janek dzięki temu wpadł na Magurę pierwszy. Jak się okazało, że Skrzadnica też jest niedaleko, kolejna nasza góra (czwarta tego dnia co dawało nam na liczniku 993), to też szybko pobiegł i nie przeszkadzało mu to, że szlaku nie było.
Dzieci nie były zmęczone. Janek zaordynował pajacyki. Gdy odrywał się od ziemi, to Kamil dopiero zbierał się do startu. Nie wyszły w harmonizacji nam te pajacyki. Nie ma tego złego co nie byłoby dobre. Po treningu pojawiły się znów polany z widokami aż…po koniec świata :) Śnieg się szybko skończył, zatem chłopcy mogli nawet zbiegać. Żaden nie marudził, nie był zmęczony. Jak się okazało był to dawny szlak niebieski.
Poczuliśmy go w lesie bukowym. Odpuściliśmy sobie duże zygzaki, zatem musieliśmy stawić czoło “skoczniom”. Nogi drżały na dole po przejściu.
Gdy myśleliśmy, że już koniec niespodzianek, to zdziwiliśmy się, gdy ścieżka okazała się strumieniem. By go przejść trzeba było użyć mostku z połączonych trzech bali świerkowych. To były emocje. Z dużą radością przywitaliśmy się z asfalcikiem. Dla nas oznaczało to stabilizację dopóki nie spotkaliśmy żab wygrzewających się na niej. Potem pojawiły się kwiatki i wiedzieliśmy, że mamy wiosnę jeszcze tej zimy.
Przeszliśmy fajną pętelkę. Jej każdy z odcinków był inny niż każdy kolejny. Nie można było się nudzić. Chłopcy po raz kolejny prezentowali wyśmienitą formę, jakżeż to było zaskakujące. Na to wygląda, że kolejna wyprawa też tutaj się odbędzie. Tak nam się spodobało.

































































