Kocierz, Babiniec, Przedział czyli na zachodni koniec polskich Karkonoszy
kwiecień 13, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Byliśmy na wschodzie, teraz przyszedł czas na zachód. Aspiracją były oczywiście “Tysięczniki” z wikipedii. Z tej perspektywy wybraliśmy sobie najdalej na zachód w Polsce, tysięczniki Karkonoszy Przedział i Babiniec oraz dodaliśmy szczyt, który ewidentnie zawsze był jakimś moim marzeniem. Nie mogłem jednak tam się dostać, gdyż ponad 40 lat temu WOP nie pozwalał. Tam wtedy była granica. Potem Kocierz będący najdalej wysuniętym szczytem na zachód w polskich Karkonoszach, miał stale jakieś ograniczenia w dostępie. Teraz mieliśmy plan.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Tysi%C4%99czniki_polskie
Zaczęliśmy oczywiście od ŻÓŁTEJ KARTECZKI z listą punktów do przejścia dla Janka. Tak przygotowani pojechaliśmy do Jakuszyc, by poszukać naszych miejsc.
Chłopcy wciąż gadający. Nie wiem czy to ta wiosna, czy też jest ciągle coś innego, co ich nakręca, ale gadają tak, że jest po prostu za głośno. Ciągle też coś chcą. Zatem w górach, w szczególności takich jak te BEZ SZLAKU, fantastycznym jest wystartować. Gdy muszą uważać, to jest cisza i czekają na wskazówki jak iść. Na Kocierz musieliśmy znaleźć swoją drogę, ale od czego są prace leśne. Nimi zawsze gdzieś można dojść, choć nie jest to łatwe! Musieliśmy przejść prawie 500 m po takich koleinach, ale w końcu dotarliśmy do celu.
Kocierz przed wojną był pomnikiem przyrody. Po wojnie granicą. Asia przygotowana, kazała szukać znaków historii. Nie wiedzieliśmy jakich i gdzie, a szczyt, czyli skała potężna, z niesamowitymi widokami, nic tylko zdobywać i patrzeć aż na koniec gór.
Gdy zdobyliśmy najwyższą myśleliśmy, że Asia odpuści. Nic z tego, trzeba było szukać znaków, tylko jakich? Pierwszy na górze wyglądał jak słupek graniczny, ale w poziomie.
Zaczęliśmy szukać innych. Kocierz i jej skały okazały się bardzo ciekawe…i znaleźliśmy słupek graniczny na którym D zostało po wojnie przerobione na P i oznaczało od tego momentu granicę Polski i Czechosłowacji. Jankowi takie poszukiwanie się spodobało. Kamil nie wiedział o co chodzi z tą skałą i szedł za nami.
Trochę żałowaliśmy, że nie było tabliczki, ale cuda się zdarzają. Schodząc do drogi znaleźliśmy drogowskaz kierujący na Kocierz. Janek zaliczył cel na swojej żółtej kartce i 1011 szczyt do kolekcji.
Teraz czekała na nas wyprawa na Babiniec. Kiedyś szedł przez niego szlak, ale ja miałem pierwszy raz wejść na niego bez. Janek z kartką szedł i czytał, gdzie to on ma iść. Robi przy tym niesamowite postępy w wymowie i zrozumieniu. Sprawdzał ze mną jak iść, ale pierwsza ścieżka była “nieaktualna”, druga wyglądała przynajmniej podejrzanie. Jednak ślady, znów maszyn leśnych, wskazały nam że warto skorzystać z niej. Potwierdziło się przy tym, że Kocierz od tej strony to wybitny szczyt. Spadaliśmy w dół, że aż miło.
Doszliśmy do zielonego szlaku. Tam zaskoczyło nas to, że nawet staw był skuty lodem, choć nam było gorąco i rozbieraliśmy się z warstw. Znów z Jankiem szukaliśmy skrótu na mapie, ale takiego tam nie było. Pierwsze ślady maszyn leśnych pominęliśmy, drugie już były nasze. Tym razem Kamil nawet się nie zastanawiał, tylko poszedł za mną. Janek walczył, bo wolał iść niebieskim, zielonym a nie bez szlaku. Asia jednak przekonała syna, który powtórzył “Babiniec”, potem “Ahoj” mijanym turystom z Czech (byli zdziwieni gdzie my idziemy) i poszedł.
To był idealny skrót. Nie dość, że skuty lodem-fajnie się szło, to wyprowadził nas idealnie pod szczyt, a tam BOMBA! Uważam, że to najfajniejsze miejsce w tej części Karkonoszy dla każdego, nawet rodzin z małymi dziećmi.
Oczywiście w takim momencie trzeba było znaleźć tabliczkę…nie było jej tam gdzie GPS pokazywał najwyższy punkt. Za to były wspaniałe skały i podejście do góry dało dawkę emocji.
Jak już oznaczyłem nasze wejście, pojawiła się Chatka Kosmonautów i na niej tabliczka. To było szczęście. Z wrażenia musieliśmy “nakarmić” się widokami Gór Izerskich na naszym 1012 szczycie w kolekcji.
W ten sposób zauważyliśmy kolejne skały, bardzo duże. Od naszej strony niedostępne, ale z drugiej dało się wejść na samą górę. Kolejny plus dla tego miejsca!
Odpoczęliśmy. Kolejnym celem miała być góra Przedział, na którą mieliśmy wejść przez Owcze Skały. Trzeba było jednak pilnować Kamila. My chcieliśmy iść skrótami, a Kamil chciał iść bardzo szybko, przed siebie i prościutko. Była potrzebna korekta. Tym razem starym przebiegiem szlaku zielonego udało się nam dotrzeć do Owczych Skał. Janek w szczęściu bo punkt 3 z karteczki zrealizowany. Jeszcze mógł dać piątkę Paniom Turystkom, przepytać je, po okresie szwendania się bez ludzi obok :)
Kamil jednak był rozpędzony. Chciał iść, a jak był szlak to myślał, że idzie dobrze. My po raz kolejny jednak postanowiliśmy iść swoją ścieżką i trzeba było Kamila zatrzymać.
Już raz pod Przedziałem byliśmy, skracając sobie drogę dawnym torem saneczkowym. To było bardzo dawno temu. Jakoś nie pamiętaliśmy tego przejścia i zaczęliśmy czuć się jak traper w lesie szukający swojej ścieżki. Gdy w końcu ją znaleźliśmy i doszliśmy do GPS’owego szczytu, tabliczki nie było, choć na mapy.cz była. Janek miał zawód kompletny. Jego punkt numer 4 nie miał oznaczenia!!! Trochę to mu kolidowało z jego pomysłem na przejście…ale zaliczyliśmy 1013 szczyt w kolekcji.
https://www.zespoldowna.info/szrenica.html
Zrobiliśmy zdjęcie z najbardziej charakterystycznego punktu na szczycie. Potem zeszliśmy ścieżką do dawnego toru saneczkowego, którym doszliśmy do szlaku. Janek ucieszył się, Kamil natychmiast zniknął. Zaczęła się katorga. Nazwałbym to: szlak w strumyku po “kocich” łbach z odrobiną lodu. Jak Kamil to przeszedł to jego tajemnica, my mocno pracowaliśmy by nie wywalić się przy próbie zrobienia kroku.
Janek odżył, gdy zobaczył Szrenicę. Od razu odzyskał energię na drewnianych pomostach. Szło się tutaj fantastycznie! Jak jeszcze zobaczył schronisko na Hali Szrenickiej to ostatni punkt z jego kartki, wiedział że czeka go nagroda: magnes. Był i obiad i magnes…ale jeszcze coś! Przejście pomostami powoduje, że jak mijają ciebie turyści, to możesz się z nimi przywitać. Janek nikomu nie odpuszczał, a piątki były “masowo” przybijane z uśmiechem.
W schronisku mogliśmy zjeść obiad patrząc jak niewiele osób zostało na górze. Było już po 16:00. Do Jakuszyc mieliśmy dojść do 18:00. Trzeba było schodzić. Pajacyk jakoś wyszedł i Kamil wyrwał do przodu, gdyż mieliśmy wracać tylko zielonym.
Widzieliśmy go jedynie wtedy, gdy powoli schodził z jakiegoś trudnego fragmentu szlaku, w lodzie. Czasami czekał na nas, gdy jednak było kilka wariantów ścieżek. Jednak na Owczych Skałach czekał. Tutaj miał być deser i był.
Te skały są fantastyczne, w szczególności gdy jest się tutaj samemu. Deser w takim otoczeniu został pochłonięty. Były siły na dalsze zejście, które nie było już tak trudne i żmudne jak ta pierwsza część. W pewnych momentach wyglądało to jak leśna “autostrada”. Zdziwiło mnie, że doszliśmy na czas na parking w Jakuszycach.
Nawet nie zauważyliśmy, że nasze przejście trwało ponad 8h łącznie z obiadem. Tutaj zegarek okazał się znów być lepszym rejestratorem. Dla nas ważniejsze, że końce Karkonoszy dają nam dużo radości i wciąż możemy tam zobaczyć coś co nas zaskakuje, a chłopcy mogą się odrobinę zmęczyć. Asi się tak podobało, że już zaordynowała powrót na Kocierz przynajmniej, zatem tam jeszcze będziemy, a potem pojedziemy jeszcze dalej do Czech. Tam jest koniec Karkonoszy i trzeba to zobaczyć.













































































