Na ostatnie na zachodzie tysięczniki Karkonoszy.
kwiecień 20, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Nasza wędrówka przeniosła się na zachód Karkonoszy. Chcąc sięgnąć najdalej w tym kierunku, udaliśmy się do Czech, do Harrachov’a i jego dzielnicy o nazwie Ryžoviště. Zaparkowaliśmy przed najważniejszą górą regionu Čertova hora z jej mamucią skocznią, ze zjazdami w dół jak w Alpach. Jest ona najdalej na zachód wysuniętym tysięcznikiem Karkonoszy. Nie wiedzieliśmy z czym mamy się zmierzyć, nie wiedzieliśmy jak skrajne przygody nas spotkają.
Na parkingu pusto i nikt nie chce od nas pieniędzy. Na szlaku pusto, ale i my idziemy…po trasie zjazdowej do góry, tak jak jest ścieżka na mapie. Nie wygląda na trudną, dopóki na górze nie zobaczy się jak mocne jest to podejście.
Janek do wyprawy przygotowany. Lista punktów do przejścia napisana, Janek świetnie ją czyta i … tylko sił brakuje. Kamil po prostu odjechał. Można było pooglądać wiosnę w naturze, czekając na młodszego syna.
Janek jednak nie odpuszczał Kamilowi, który ma tak dużo w swoim kalendarzu do osiągnięcia w najbliższych dniach, że po prostu się zagadał, a Janek to wykorzystał. Dalej szliśmy ścieżką jaka była wyraźna na nartostradzie. na niej trochę jeszcze zimy i śniegu. Jednak znów pojawiła się wiosna i to lepsza niż w Chochołowskiej. Mnóstwo białych krokusów robiło wrażenie na mnie. Na Janku latające motyle. Cytrynek tak zlał się z kwiatami, że trudno było go zobaczyć…ale szliśmy.
Janek na swojej liście miał Janova skála. Nie mógł się doczekać jak ta jego skała wygląda. Jak już mieliśmy skręcać na szczyt, Janek owszem skręcał ale w drugą stronę na tą skałę. Dał się przekonać do szczytu, bo magnesik.
Na szczyt weszliśmy już szybko i miło z tej strony. Z tej drugiej strony to była inna bajka. Mnóstwo śniegu, mnóstwo ludzi, którzy zjeżdżali na nartach w dół, a było …mocno w dół!
Janek z radością pożegnał Čertova hora. On przecież miał iść na Janova skála. Pusto na szlaku i my. Zdziwienie, że trudności to błoto pośniegowe, a tak duża “parkowa” alejka, taka typowa dla Czech dawała duży komfort, typowy dla gór na start. Szło się szybko i ciepło. Na wyciągach, których w tym miejscu jest kilka, temperatura w słońcu przekraczała 20C. Na zjazdach co rusz pojawiały się znaki ostrzegawcze, jakich do tej pory nie doświadczaliśmy, jak ten poniżej: nachylenie 65%! My dalej prostym szerokim, alejkowym szlakiem na nasza skałę oglądając z daleka Plešivec, który wynurzał się na widnokręgu niczym łódź podwodna.
Doszliśmy do Janowej Skały :) Wielka i potężna, górująca nad okolicą. Fajnie było się poczuć się jak w Tatrach wchodząc na jej szczyt po skałach. Janek z dużą radością zrobił to na co się szykował od rana. To było dobre dla Janka odsapnięcie.
To co fajne nie może trwać wiecznie. Nawet nie wiedzieliśmy, że to czas na wędrowanie po czesku. Co to oznacza? Popatrzcie sami. Czesi to narciarze biegowi, zatem czego można było się spodziewać? “Alejki” przez kolejny kilometr. Z dużym zadowoleniem przyjęliśmy fakt, że “alejka” zmieniająca się w asfalcik poszła dalej z niebieskim szlakiem, a my w bok. My przecież chodzimy ostatnio tylko w bok. Janek już nie pyta się jakim szlakiem idziemy, tylko krzyczy: “Tato daj mapę!”. Jakoś dziwnie nam lepiej się chodzi tymi ścieżkami, które nie mają kolorów, w szczególności tutaj w Czechach.
Naszym kolejnym celem była Studená. Zapowiadała się ciekawym miejscem. W końcu mieliśmy ścieżkę, jak nasze polskie, sudeckie szlaki. Kamil nie odpuszczał, nawet przez chwilę. Wbiegł, powtórzę, wbiegł pierwszy na szczyt i było wow! Piękne miejsce ze słupkiem z 1935 roku i niesamowitą panoramą na Plešivec, który wyglądał groźnie z tej perspektywy z tymi jego gołoborzami. Mieliśmy tam dotrzeć, ale na ten moment przyszedł czas na śniadanie z widokami aż na Szrenicę. Z tej strony nigdy jej nie widzieliśmy, tak samo jak Mumlawską Horę.
Powrót na niebieski szlak wymagał użycia GPSa. Ścieżka niby była widoczna, ale jej nie było momentami. Nawet narzekaliśmy trochę, a Janek wyraźnie się wycofał na koniec za Asię. Czuł się bezpieczniej po prostu, gdy trzeba było meandrować przez borowiska. Nasze narzekania szybko znikły, jak dotarliśmy na niebieski szlak, który okazał się asfalcikiem. Po chwili nogi bolały i zaczęło się marudzenie…ale szliśmy na nasz kolejny szczyt Čertova pláň. Kamil który pogonił daleko, bo w końcu asflacik, zdziwił się, gdy miał się zatrzymać. Nie było ani ścieżek, ani tabliczek. Janek, który wiedział, że mamy szukać tabliczki szczytu też był zdziwiony…na asfalcie? W końcu byliśmy w Czechach i nie było to takie dziwne, że na szczyt można wjechać autem. Jego oznaczenie, jak się okazało było 5 m od drogi w końcu.
Po kolejnych 700 m skończył się asfalcik i droga. Wszyscy szli dalej nią (było już kilku turystów), my jednak weszliśmy na “alejkę” w kolorze żółtym. Janek miał na karce Zadni Plech i mieliśmy go zdobyć jako skrzyżowanie szlaków. Pojawienie się jednak skrótu zmieniło ten plan i Janek nie był zadowolony. Weszliśmy na “nasze” szlaki by dojść do celu jakim był Plešivec mający 1 210 m npm.
Skrót był przedni, widać że mało chodzony. To nas nie zastanowiło. Kamil gonił, my za nim, a była prosta droga do góry. Pod samym szczytem nagle zrobiła się węższa. Janek miał z nią problemy, gdyż gałęzie już go dotykały, a Janek nie lubi jak go coś dotyka w lesie. Dotarliśmy jakoś na szczyt. To była odmiana w stosunku do asfalciku…ale skoro nie czytaliśmy o tym szczycie zbyt wiele, to nie wiedzieliśmy, że przygoda była dopiero przed nami.
Szczyt został znaleziony. Janek z dużymi oporami bo śnieg przecież, podszedł na zdjęcie. Szczyt pięknie oznaczony na odblask pomarańczowy z punktem geodezyjnym, choć tabliczki było brak. Dla tych, którzy tego nie lubią, mogą podejść obok, gdzie ktoś zbudował niezłą wieżę z kamieni, bardzo charakterystyczną! Jak stwierdziliśmy, że czas na śniadanie i wybraliśmy miejsce, nie było już innego wyzwania jak napajanie się widokami. Oglądania gór z takiego miejsca to czysta przyjemność. My dzisiaj do tego mieliśmy dużo szczęścia na 5tym szczycie zdobytym tego dnia (1018 w całości :) )
Szrenica dominowała nad całym grzbietem ciągnącym się od granicy z Polską. Świetnie to wyglądało i spoglądaliśmy w jej kierunku z dużą przyjemnością…i dobrze. Czekała na nas prawdziwa przygoda. Tak sobie później myślałem, że gdybyś znali tą opinię to tam byśmy na pewno nie weszli. A tak…najpierw mieliśmy kawałek cywilizacji, a potem musieliśmy zachowywać się jak traperzy na szlaku poszukując ścieżki, której już nie ma, choć na wszystkich mapach jest!
Janek na tą przygodę postanowił iść ostatni z Asią, bo gałęzie. On wolał obserwować niż szukać, takie mieliśmy stanowisko. Kamil ze mną pierwszy…i jak tu iść, gdy ścieżka która miała być…jej nie było! Trochę późno klikając na mapy.cz dowiedzieliśmy się, że ktoś tędy próbował wejść i miał super przygodę z kompasem. My owszem cieszyliśmy się widokami, ale momentami ani kompas, ani ślady po skiturowcach nie pomagały. Czuliśmy się jak pierwsi zdobywcy tej góry przechodząc z jednej strony grzbietu na drugi, wchodząc na gołoborza, które wcześniej widzieliśmy z Studená, przez ambony i percie Predniego Plecha.
Jak się w końcu ta droga, która miała być aż pod szczyt, pojawiła to Janka nie szło zatrzymać i co z tego, że źle szedł. On czuł się świetnie bez skrótów! On czuł się najlepiej, gdy droga jest pewna, widoczna i bez gałęzi z góry, boku i od dołu!
W końcu zatrzymał się, wrócił i dał się namówić na kolejny skrót w dół, po dogłębnej analizie mapy. On świetnie zaczyna się nią posługiwać. Kopiuje sobie nazwy punktów do wyszukiwarki, potem mnie informuje, co jest dobrze, a co źle jak przeczyta. Cała droga miała taką retrospekcję w czasie tego zejścia do parkingu.
Jak podsumować tą wyprawę? Nie da się. Za każdą górą było coś innego, inne wyzwania. Janek świetnie się do tego adaptował i chodził w zaskakująco szybkim tempie. Cieszyły go wyzwania ze skałami, ale też zdobycie tego co ma napisane na karteczce. Staje się ona najważniejszym przewodnikiem syna i musi zostać, co tam jest napisane zrealizowane, gdyż inaczej to się nie liczy. Dla Kamila najważniejsze jest to, że po każdej wyprawie może dostać lody w pucharku, których tak nie dostaje. On gnał do przodu, bo było ciepło, bo to czas lodów dla niego po takiej wyprawie. Ostatnie tysięczniki Karkonoszy po tej stronie dały nam popalić i fajnie, że tutaj przyjechaliśmy, warto było to zrobić. Na koniec każdy dostał to czego oczekiwał i od razu było pytanie:”W sobotę jedziemy w góry? Tatry?”
To dobrze brzmi.




































































