Przez “świece” Gór Suchych.
grudzień 16, 2025 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Nic tak nie buduje dumy ojca, gdy słyszy się od ludzi gór, że Góry Suche to inna liga niż ta słynna Lackowa z Beskidu Niskiego, a jego dzieci po tych górach hasają z dużą lekkością wolnej odwagi :)
https://www.youtube.com/watch?v=bDVE_ZT0DfY
Przyszedł kolejny weekend, gdy tylko z Kamilem mogliśmy wybrać się w góry. Syn napięty jak zawsze o tej porze roku, bo jeszcze jesień, a nie zima i temperatury też się nie zgadzają. Ciągle na jakiś słodyczach z dowolnej okazji świąteczno-urodzinowych, był mocno przeenergetyzowany, gadający i coś z tym trzeba było zrobić. Na takie sytuacje najlepsze są góry.
Wystartowaliśmy bardzo wcześnie. Zapowiadał się mega wspaniały dzień.
To były ochy i achy! Nawet Kamo widział i był zadowolony ze słońca.
Dojechaliśmy do Sokołowska w Góry Suche i …była tylko mgła. Kamil skoro nic nie widział, to gadał. Ile można wysłuchać informacji o tym, że to jeszcze jesień? Po setnym zastanawiałem się, gdzie ta nasza pierwsza góra, bo może tam będzie po prostu ciszej.
Nasz pierwszy cel to Bukowiec. Czas wrócić w tym miejscu do tytułu tego wpisu. Co oznacza “świeca” w górach? Nic innego jak bardzo strome podejście. My postanowiliśmy zacząć naszą wędrówkę od tej, która jest najrzadziej z tych “świec” odwiedzana.
Pierwsze metry Kamil gadał i upewniał się, że to ostatnia góra…a jeszcze nie zaczęliśmy. Jednak szedł wyprzedzając mnie kawałek. Po 1/4 góry przestał gadać, a po połowie szedłem pierwszy, a po 3/4 powiedział:”Wracać tam” pokazując na dół. Plan chyba działał!
Weszliśmy na oba wierzchołki Bukowca i Kamil musiał odpocząć. Był zmęczony, ale krótkoterminowo. Znów zaczął opowiadać o tym gdzie był, jakie sklepy są czynne i kiedy będą czynne. Nagle wstał i był gotowy do drogi. Chyba po raz pierwszy od dawna, ktoś szedł z nim tym samym tempem i to go zaskoczyło, może nawet dezorganizowało mu przywództwo na szlaku.
Jeszcze bardziej zaskoczyła go mgła/chmura i nagłe ochłodzenie. “Zima? Kalesony?” tak z pięć razy powtórzone z niedowierzaniem było. Czekało go kolejne zaskoczenie. Idziemy na skróty! Jak się ostro wchodzi, tak ostro się spada. Kamil nie lubi takich spadków. Powoli, bez gadania, schodził w dół. Tam już wiedział, ze weszliśmy pod Krzywuchę, tam już był!
Kamil był już tak rozgrzany, że nawet pokazywał, gdzie mamy iść. Ta pamięć topograficzna u niego jest rewelacyjna i zejście, bardzo trudne z Krzywuchy do samego “dna”, gdzie płynie Sokołowiec, wybrał bardzo dobrze.
Humor dopisywał i Kamil zaczął nawet żartować. Gdy skręciliśmy w ścieżkę w bok, to nawet był zdziwiony, ale po chwili rozpoznał Grań Muflonów. Z zaskoczeniem popatrzył na mnie i pytał się, zapytywał coby tutaj jednak tam nie iść. Włostowa, która kończy się tą granią, jest górą wybitną, kolejną “świecą” do której należy mieć szacunek. My obaj mieliśmy.
https://www.zespoldowna.info/bukowiec-wlostowa.html
Szliśmy do podejścia na grań i Kamil był już zaniepokojony, gdyż ściany obok nas były już istotne. Są dwa warianty podejścia, my tym razem wybraliśmy wspinaczkę źlebem, a co tam jak w Tatrach prawie :) Kamil zaniemówił.
Na krótkim dystansie “weszliśmy” ponad drzewa które były poniżej nas. Kamil po raz pierwszy zapragnął odpoczywać. Jak powiedziałem, że szczyt niedaleko, poszedł i na koniec z radością wyciągnął jego ciastka, bo nagroda przecież musi być. Ja sięgnąłem po herbatę ciesząc się, że tak dobrze Kamilowi poszło podchodzenie.
Druga “świeca” została zdobyta. Kolejną miała być Kostrzyna.
Choć przywitała nas totalną mgłą, była najcieplejsza tego dnia. Spotkaliśmy tam pierwszych turystów, którzy poszukiwali tego słońca, co było rano. Kamil nie zmęczył się podejściem na nią, ale Kostrzyca znana jest z tego, że na zejściu jest “świecą” dla tych którzy chcą na nią wejść :)
Zejście było trudne, ale widokowe. Znów pogoda kreśliła swoje obrazy i było bardzo ciekawie. Cóż z tego, kiedy na najfajniejszym pod tym względem odcinku nic nie było widać. Podeszliśmy na Suchawę i tam był konieczny odpoczynek. Czekała na nas już Waligóra z jej kamieniami i “świecą” na podejściu. My oczywiście zamierzaliśmy zdobyć ją tym najtrudniejszym wariantem, czyli żółtym szlakiem od schroniska. A co tam!
Kamil z lekkością bytu schodził uśmiechnięty. Gdy skręciliśmy w kierunku schroniska nawet się odezwał, jak podeszliśmy pod szlak do góry, nawet nie hamował tylko poszedł. Było cicho. Kamil wybierał świetnie warianty i szedł, starając się jak najszybciej wejść na szczyt. Nie widać było po nim zmęczenia.
Kolejna “świeca”, tym razem najbardziej znana zdobyta! Kamil mnie zaskoczył jednak. Nawet nie chciał stanąć do zdjęcia, tylko od razu poszedł w dół. Ja za nim, choć wolałbym odpocząć. Wyszło to nam bardzo szybko, gdyż migiem stanęliśmy pod kolejną “świecą”, pod Szpiczakiem. Tym razem nie było ani szybko, ani łatwo.
Wchodząc za Kamilem, który świetnie sobie radził, zastanawiałem się, która “świeca” jest najtrudniejsza. “Wykończającym” numerem jeden został w moim rankingu Bukowiec, a tuż za nim Włostowa. Idzie się i idzie na te dwie góry. Zabierają oddech od razu.
Najtrudniejsze pod względem technicznym, przewyższeń to Waligóra, na której Kamil się nie zmęczył i właśnie Szpiczak. Obie góry ze swoimi pułapkami powodowały, że łatwiej się na nie mimo wszystko wchodzi, niż schodzi.
Kamil po świetnym przejściu, na szczycie z okazji jego zdobycia usiadł na huśtawce, skoro sami znów byliśmy i mogliśmy poodpoczywać, tam gdzie chcieliśmy co nie jest zbyt częstym wydarzeniem na tej górze.
Trzeba było wracać do domu. Kamila znajomość szlaków była rewelacyjna. Jak “złapał” się tego “zielonego”, tak szedł. Mijaliśmy Kopicę, znów było do góry, ale tabliczki nie znaleźliśmy. Potem Kozinę i Kozi Róg. Znów wydawało się, że nie jesteśmy jakoś wysoko, ale ciągle szliśmy i w górę, i w dół.
Na Przełęczy Sokołowskiej przegonił nas wiatr i mróz. Potem błoto zmusiło nas do meandrowania. W końcu jednak dotarliśmy do końca naszej wyprawy. Ponad 17 km i ponad 1 100 m przewyższeń, trasa jakiej nie powstydziłyby się znacznie wyższe Tatry i turyści, którzy je z pasją zdobywają. Jestem dumny z syna, że nie był zmęczony, wręcz gotowy iść dalej i dobrze jednak że się zatrzymał milcząco. Ja mógłbym już nie dać rady. To był bardzo dobry dzień dla nas.






































































Nie zapomniałem o Gomólniku Małym i jego Perci. Jest niezwykła.