Svinjak, słoweński Matterhorn
czerwiec 30, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Dla nas ten szczyt to “Świnka”, choć po słoweńsku oznacza lśniący, błyszczący w szczególności w promieniach słońca. Tomasz nasz gospodarz tym razem nie komentował naszego wyboru, a on był dość prosty. Ja myślałem o “Śwince”, a Asia o innym szczycie, a ponieważ “Świnka” miała być niemalże pod domem i to z widokami na wszystkie okoliczne granie, to poszliśmy na nią. Ten szczyt po prawej stronie na zdjęciu poniżej.
Wysokość szczytu 1 653 m. Niby nie dużo. Jednak jak to w Słowenii bywa, trzeba patrzeć skąd się zaczyna wejście, bo może być niespodzianka…np. prawie 1 200 m przewyższenia na krótkim dystansie. Trochę o tym zapomnieliśmy patrząc jak majestatyczna jest ta góra i jak wiele miejsc historycznych jest na jej zboczu.
Wystartowaliśmy o 6:00 rano. Było bardzo przyjemnie i w ogóle nie ciepło tylko 24 C. Jak zwykle sami na szlaku, który na starcie nas zaskoczył. Janek zastanawiał się czy kozy, czy krowy na nas wejdą. Najważniejsze jednak było to, że żółta karteczka była tym razem i “się trzymała” ręki…sama nawet.
Pierwsze zaskoczenie było za nami…czyli jakie to zwierzę wyjdzie nam na przeciw. Drugie jak przejść przez podwórko ludzi…na szczęście szlak był tutaj precyzyjny. Trzecie zaskoczenie pojawiło się na końcu: trochę do góry było…tak szybko?
Na rozgrzewkę, która zajęła nam ponad godzinę zdobyliśmy nasz 1 042 szczyt o nazwie Veliko Čelo. Przyzwyczajeni, że w Słowenii nie ma tabliczek z nazwami szczytów, zrobiliśmy sobie zdjęcie przy drzewie bardzo dla nas nietypowym i poszliśmy dalej. Nawet zadowoleni z tempa podejścia, gdyż w godzinę przeszliśmy więcej niż kilometr przy 340 m przewyższenia. Humory dopisywały do momentu, gdy zobaczyliśmy “podwójną czubę”. Inaczej ona wyglądała niż z dołu.
Wyszliśmy też na pierwsze widoki i od razu włączył się nam Shrek “…nie patrz w dół…” Jakoś szybko złapaliśmy tą wysokość, choć nie czuliśmy tego idąc. Skończył się szlak, zaczęła się ścieżynka wijąca się, trawersująca górę, góry. Nie wiedzieliśmy tego cały czas, tak samo, jak nawet nie zauważyliśmy miejsca lokalizacji fortów z czasów I WŚ.
Na takie skałki to Janek bez rękawiczek się wyprawiał, trzymając oczywiście żółtą karteczkę w ręce. Kamil dawał krok i wszystko było miłe i ciekawe.
Jak zwykle do czasu. Pierwszy trawers “zawijaniec” i Shrek wrócił! “Nie patrz w dół!” wołało i to głośno, by po chwili usłyszeć też “Nie patrz w górę!”. “Świnka” już była nad nami niczym wieża. By było jeszcze bardziej zabawnie, pojawiły się skałki, trudności techniczne, których nie szło pokonać bez rękawiczek.
Kamil zaczął powtarzać, że on już nie wraca. Jakoś dziwnie nie podobało mu się to co widział w dole. Janek jakby nie czuł problemu, w szczególności po wejściu na Mangart. Trening był i przewyższenia “brał” po analizie technicznej i rzeczowej…czyli “Ja idę tamtędy!”. Nie oznaczało to przejścia jakie wszyscy by wybrali.
Nasza góra stała się też “ostra” i nie wiem dlaczego dopiero teraz przypomniało mi się o tych zdradzieckich górach w okolicy 1 600 m npm. Kilka razy dały nam już popalić.
Odkąd zobaczyłem niebo nad nami, a lasy pod nami, to wiedziałem że przed nami końcówka. Janek tylko potwierdził, że już koniec, tylko ten koniec był dziwnie strzelisty nad nami.
Pokonaliśmy dwa kominki i już wydawało się, że będzie łatwiej. Niestety to była podpucha. Kamil już był wyraźnie zaniepokojony. Janek zobaczył linki i od razu zapomniał o wszystkim, bo on ferratę idzie zdobywać. Jak zwykle po swojemu i jak zwykle niekoniecznie trzymając się linki.
Na tych kominkach bardzo szybko zyskaliśmy na wysokości. Shrek który wcześniej pojawiał się i znikał, został na stałe: “Nie patrz w dół.” Już mieliśmy wchodzić na szczyt…ale zatrzymaliśmy się na śniadanie. “Świnka” to było ciągle mocno do góry, a końcówka…cóż trudny polski Oszus nie ma szans w porównaniu.
Śniadanie dało nam wytchnienie i decyzję. Wracamy. Wchodziliśmy już prawie 5h i nie mieliśmy już sił, a widoki w dół robiły swoje. Ustaliliśmy, że ja mam wejść zobaczyć i będziemy schodzić. Pogoda też zaczęła się psuć i to nas ostatecznie przekonało, że trzeba wracać. Zrobiłem na szczycie film z kopią schronu z Triglava. Okazało się, że zabrakło nam 11 m do góry i trochę ponad 42 m by osiągnąć to razem. Jakieś 30 minut wcześniej, gdyby tak zacząć…ale wracaliśmy.
Tylko tyle i aż tyle zabrakło nam do szczytu. To była jednak dobra decyzja. Wejście było zajmujące, ale trudne. Zejście mogło być trudniejsze przy tym zmęczeniu.
Jak się schodzi, gdy widzi się jadące ponad 1 000 m niżej auta? Na pewno inaczej gdy się widzi wkoło góry i doliny. Owszem szczyty wokół są przepiękne, ale trzeba zejść.
Były takie miejsca, gdzie blokowało nas kompletnie widząc daleko naszą miejscowość. Było jeszcze trudniej, gdy wchodzący do góry turyści powtarzali, że trudna to góra i jeszcze tak ciepło się robi.
Stało nam się od razu lepiej, jak doszliśmy do drzew. Janek był zaczepiany przez motyle, jak ten na kasku oraz sam zaczepiał turystów wchodzących do góry. Ci byli zaskoczeni naszym widokiem w tym miejscu, ale było już dobrze.
Odetchnęliśmy na dole. Łatwa góra okazała się wyzwaniem dla nas, a jej widok z dołu potwierdził nam tylko, że chyba nie byliśmy na nią przygotowani. Zabrakło tylko 11 m do góry i 42 metrów by ją zdobyć. Cóż uda się to osiągnąć innym razem, a tym musieliśmy jeszcze przejść przez…pastwisko kóz, czy krów. Słuchać było dzwonki ale to miała być niespodzianka, choć nie wszyscy na to liczyli.
Wyczerpani po ponad 9h przejściu patrzyliśmy na nasze szaleństwo. Znów góra o wysokości ca. 1 600 m dała nam wycisk, o jakim nie myśleliśmy. Pokonała nas ale będziemy dumni z przejścia jakie zrobiliśmy. To nam się nie zdarza.



































































