4 szczyty z Beskidu Śląskiego
listopad 17, 2025 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Wszędzie miała być pogoda…chmurno-mglista, tak bym rzekł. Wybraliśmy na ten dzień wędrówkę odcinkiem grani Beskidu Śląskiego, którym jeszcze nie szliśmy do tej pory, od Zielonego Kopca (od strony Malinowskiej Skały) po Magurkę Wiślańską przez Gawlasi (od strony Baraniej Góry). Po jej przejściu będziemy znali już całą grań od Skrzycznego po Baranią Górę. To był plan, najpierw musieliśmy się tam wdrapać. Ostatnio wychodzi nam chodzenie obok szlaków. Tym razem też to wykorzystaliśmy startując z Wisły Czerchla ścieżką po prostu, w kierunku Cienków Wyszni, pierwszego na trasie szczytu do zdobycia.
Czy autysta może zapomnieć coś co dla niego jest bardzo istotne? Tak może jeżeli jest to temat, sporny: ma iść ze mną, czy ma zostać. Od takiego dylematu zaczęliśmy i na szczęście jakoś się udało to załatwić, ale skutkowało to potokiem słów przez następne 15 minut. Nie było Pańci, Janek miał tryb spowolniony. Dopiero wypłaszczenia, choć z błotkiem dały odrobinę większej prędkości. Na szczęście on był skupiony na zapamiętaniu nazw szczytów i ich powtarzaniu, co powodowało że przynajmniej z jego strony było ciszej.
Gdy opanowaliśmy nazwę pierwszego szczytu Cienków Wyszni, to Kamil już na nas czekał pod szczytem. Znajduje się on równolegle do żółtego szlaku, którym musieliśmy podejść kilka metrów. Potem okazało się, że na szczyt prowadziły 2 ścieżki, a nie tylko ta nasza. Z góry widać zawsze lepiej.
Bez chmur pojawiła się w oddali Barania Góra, jak się okazało był to wyjątkowy moment pogodowy w tym dniu. Po chwili Janek pytał się co to za kwiatek, a ja z zaskoczenia, myślami byłem przy kalendarzu i nie mogłem zrozumieć jak w takim warunkach po prostu kwiatek jest!
Po zdobyciu 936 szczytu wróciliśmy na żółty szlak by dojść do kolejnego skrótu tego dnia. Kamil gonił jak to on do przodu i całe szczęście, że czasami chciał poczekać. Chmury co jakiś czas się przewalały i nie chcieliśmy stracić go z oczu.
Nasz wybór miał skrócić nam drogę na Magurkę Wiślańską. Weszliśmy na ścieżkę, jak się okazało była to ścieżka z przeszkodami. Kamil gadał, Janek się ociągał. Jakiś taki zestaw był tego dnia.
Zaskoczyły nas przeszkody. Powalone młode świerki zagradzały tak fajną ścieżkę. Nie było łatwo, ale się udało. Dotarliśmy do zielonego szlaku już na Magurkę. Pojawili się w mgle turyści. Janek jeszcze skupiony na przeszkodach terenowych, zachęcał by mu robić “marchewki” to będzie szedł szybciej. Odpuściliśmy marchewkowanie, bo szczyt zdobyty już przez Kamila czekał na nas w chmurze.
Kolejny zdobyty, to już 937. Teraz mieliśmy zbiec w dół i na Galwasi…co my się natrenowaliśmy nazywać ten szczyt?! Najlepiej wychodził GALBASI i jakoś tak zostało. Janek dzięki temu mógł się pochwalić Panu Piotrowi, Pani Janinie, że wchodzi na szczyt i został zrozumiany.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Potem było nawet lepiej. My zdobyliśmy szczyt, który jest na wychodniej skalnej, a tu Pan Piotr mówił, że gdzieś indziej. Janek wtedy, że Galwasi jest tutaj i zdobyliśmy go. Było fantastycznie.
Jednak Pan Piotr miał w jednym rację, nazwa szczytu pojawiła się jako tabliczka, na skrzyżowaniu szlaków. Było miejsc odpowiednie na kolejne zdjęcie, w ostatnim odpowiednim momencie. Kamil wystartował i w chmurze, która przyszła, już go nie widzieliśmy.
Janek przypomniał sobie jak podczas wyprawy na Czupla, Miki pożyczył od mamy kijki. Nagle Jankowi stały się potrzebne i takowe były u Asi. Zatem był trening. Szło nam się zatem ciut wolniej. Dobrze, że Kamil usiadł obok dwóch rowerzystów pod wierzchołkiem naszego ostatniego szczytu: Zielony Kopiec, 939 w naszej kolekcji, gdyż wolniej trwało dłużej.
W tym miejscu, na szczycie było tak miło, że zrobiliśmy odpoczynek. Patrząc na to co było dookoła nie mogliśmy nic powiedzieć, ale mogliśmy sobie wyobrazić, że tutaj musi być widokowo i ładnie! Nie dzisiaj.
Zejście zrobiliśmy w naszym stylu: na skróty. W Beskidzie Śląskim skróty to najlepsze co może się zdarzyć. Goniły nas chmury, a do 16:00 było już blisko. Nie chcieliśmy zostać w ciemnościach. Kamil uśmiechnięty gadał i schodził. Janek trenował pajacyki, więc w końcu musieliśmy je przećwiczyć.
Jak widać z dużą starannością nasze “rakiety” nawet razem oderwały się od podłoża :)…a potem było tylko w dół.
Wyprawa była idealna w każdym aspekcie. Kamil się wygadał i potem już było ciszej. Janek się rozruszał i potem w spotkaniach z turystami potrafił zagadać i wykazać się znajomością gór. Nawet pogoda nam sprzyjała do samego końca. Jak już wsiedliśmy do auta, a była 16:00 stało się ciemno i deszczowo. Takich wypraw nam trzeba więcej i tej radości…tylko nagle do nas dotarło, że jednak kiedyś zdobędziemy ten 1 000 szczyt. Zaczęliśmy myśleć; który to będzie?















































