Najlepszy koniec Polski, czyli wędrówka po górach nieoczywistych.
lipiec 29, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Nie było kiedy opisać wyprawy na koniec Polski, ale w końcu udało się. Tak to jest najspokojniejszy, najbardziej zaskakujący koniec naszego kraju, gdzie jest spokój, mili i wspaniali ludzie. Gdzie to jest?
Zwadroń, czyli koniec albo i początek jak kto woli:
1.Beskidu Żywieckiego
2.Beskidu Śląskiego (według jednych)
3.Beskidu Kysuckiego (według innych)
4.Międzygórza Jabłonkowsko-Koniakowskie
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Z naszej perspektywy jechaliśmy w miejsce, gdzie nigdy nie byliśmy. Nie myśleliśmy o niczym innym tylko o tym…a potem okazało się, że co góra, to inne pasmo.
Pierwsze zaskoczenie, które już nie będzie nas potem zaskakiwać, to na parkingu nie ma żadnego auta, a do wyboru są dwie drogi: po polskiej stronie i po słowackiej stronie. Wybraliśmy tą po słowackiej. Wyglądała na taką, co po niej ktoś chodzi.
Kamil nie ociągał się i pogonił do góry zgodnie ze standardem. Janek trzymał karteczkę w ręku, ale coś był jakiś taki “popsuty”. On o jednej górze, a ja o drugiej. Po sprawdzeniu okazało się, że Janek miał inne szczyty na kartce niż były omawiane. Ojciec po prostu dał złą kartkę ze szczytami i syn się “popsuł”. Trzeba było schować kartkę…na kolejny dzień. Potem to już Janek wystartował i nawet zdążył się zmęczyć pod pierwszą ławeczką. Zaintrygowało go to co tam jest napisane i czytał, czytał…ale to było coś innego niż na jego żółtej karteczce. Schował ją ostatecznie.
…a potem trzeba było wejść pod górkę!
My byliśmy od razu zachwyceni widokami, spokojem…takiego miejsca nie ma w górach już na pewno. Nasz pierwszy cel to szczyt o nazwie Kikula lub Trojak. Nie wiedzieliśmy co nas tam czeka, ale szczyt nas zaskoczył w każdej mierze.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kikula_(845_m)
Janka i Kamila, że była wiata. Można było zjeść śniadanie.
Nas najpierw ławeczka miłości…
…potem widoki…
…a na koniec kolejny trójstyk do naszej kolekcji, choć ten pamiętający rok 1914.
Janek zauważył na koniec, że nasz szlak to nie będzie czerwony tylko Trzech Harnasi, taka odmiana. To jest ważna informacja, gdyż jak by się szukało jakiegoś oznaczenia na drzewach…to ich nie ma, a jak są to zlewają się z drzewami. Nam to się tak spodobało, że postanowiliśmy zdobyć wszystkie szczyty jakie były na trasie. Zatem pierwszym celem po Kikule/Trojaku był Trojaki. Wszystko było “wokół” trzech granic jakie kiedyś tutaj były. Rozpędziliśmy się i dobrze, że jest GPS, bo przeszlibyśmy ten szczyt na szerokim dukcie leśnym.
Trzecim już szczytem miał być Sołowy Wierch. Cóż bez okularów na mapie nie byliśmy w stanie przeczytać jego nazwy, ale udało się jakoś do niego dojść. Tym razem zrobiliśmy to dzięki granicy. Tam była ścieżka. Nawet zdziwiliśmy się nią troszeczkę, gdyż dzikość była duża, a i grzyby wyrastały nam pod nogami. Tędy to raczej ktoś bardzo rzadko chodzi. Jednak byliśmy zafascynowani rodzinnie tym miejscem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Szczyt znów nie był oznaczony, choć już wybijający się, nie dało się go ominąć.
Czwartym szczytem, już charakterystycznym bardziej z perspektywy mapy miał być Siwoniowski Wierch. Cóż dojście było świetne. Zaczęliśmy szukać tabliczki tak jak to pokazywały mapy.cz…i tutaj jednak jej nie było.
Janek był poruszony. Nic mu się nie zgadzało. Kamil był zaskoczony bo kazali mu stanąć do zdjęcia…a nie było tabliczki! Nic tam postanowiliśmy znaleźć nasz piąty szczyt Stefankę. Pojawiły się widoki daleko aż do Beskidu Morawsko-Śląskiego. Janek liczył polany, było inaczej.
Janek nie mógł się doczekać tego, właściwego szczytu. Zaczął odwiedzać te polany i polanki, co go zaskoczyło kilka razy. Gdy mieliśmy wejść na Stefankę, to okazało się, że polany nie ma, a miała być i są…nazwijmy to wysokie pokrzywy do przejścia.
Znów pojawił się świetny widok na Ochodzitą i Koniaków. Zaczęliśmy penetrować polankę na którą przez przypadek weszliśmy…i okazało się, że to nasz szczyt…tylko znów bez tabliczki!
Nic tam postanowiliśmy nie buszować z sarnami po łąkach tylko trafić na szósty już szczyt. Najczęściej nazywany Szyroki Wierch. Wszystko się nagle zmieniło. Widać było już drugą stronę słowacką, którą chcieliśmy wracać. Miała być kompletnie inna, niż polska w lasach :)
Szyroki był szeroki. Piękna łąka z widokami, bez tabliczki ale z “zabytkową” ławką. Długo nie posiedzieliśmy. Podbiegł do nas pies wyglądający jak wilk, tylko biały. Janek jak skory obecnie do głaskania psów schował się za mną. Asia już była gotowa do schodzenia. Cóż przyszedł czas pożegnać polską stronę by zejść do doliny a potem wejść na grzbiet po słowackiej stronie.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Schodziliśmy w dół, a pies za nami. Doszliśmy do drogi w dolinie i Pani Słowaczka spytała się o Bielinkę, “naszego” psa. Okazało się, że uciekła właścicielom a teraz oni ze szczęścia to nam nawet cukierki chciała dać. Janek odmówił, bo już rozmawiał z Panem Słowakiem, który niósł grzyby. Okazał się bardzo miły. Pokazał Jankowi okazy, gdzie je nazbierał i koniecznie kazał zrobić zdjęcie z nimi. Było to fajne bardzo.
Dzięki temu odzyskaliśmy siły. Byliśmy w dolinie i trzeba było wejść do góry. Nie odbyło się to bez ochów i achów, bo i brakowało powietrza w płucach, ale i było pusto.
Pojawił się nasz siódmy szczyt tego dnia o nazwie Grúň, na którym osadzono trzy bardzo nietypowe drewniane krzyże. Jednak trzeba było znów tam wejść! Kamil wchodził zgięty, co oznaczało niezłe zmęczenie. Tam spotkała nas para turystów z Polski. Oni byli zaskoczeni nami, my nimi. Uśmiechnęliśmy się i poszliśmy dalej na ostatni szczyt:Poľana
Tym razem Janek osiągnął pełnię szczęścia: nazwa była mu już znana, był czerwony szlak, była tabliczka z nazwą góry i Kamil nie gonił do przodu. Było nieźle.
Zaraz za szczytem pojawiła się Kikula, którą strawersowaliśmy u jej podstawy. Trochę czuliśmy zmęczenia, ale ten szlak był taki jaki powinien być na pierwszy dzień: piękny, lekki i spacerowy z najlepszymi widokami i fajnymi ludźmi.
Mając na konice 1 043 szczyty w ten sposób jadąc w nieznane dopisaliśmy kolejne 8 do naszej listy. Zwardoń i jego góry nas zachwycił w pierwszy dzień. Nie było wyjścia musiał przyjść dzień kolejny, ale tym razem to już w Beskidzie Żywieckim.































.



























