Beskid Żywiecki, ucieczka od upału cz.1
sierpień 3, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Jeżeli ma się 39C na termometrze na zewnątrz, to myśli się tylko o jednym: jak się schłodzić! My to postanowiliśmy zrobić po swojemu i przetrwać najcieplejsze dni … w górach.
Dzień 1.
Jak zaczynamy szukać rozwiązania? Patrzymy na temperatury jakie są odnotowywane w górach i czy aby nie są zapowiadane burze. W ten sposób trafiliśmy znów na Beskid Żywiecki. Rycerka Górna, proponowana temperatura 26C i bez burz. Fajnie. Drugi etap poszukiwań, to znalezienie takiego przejścia, gdzie będzie duuużo fajnych drzew. No i w ramach Worka Raczańskiego są dróżki, bo nie zawsze szlaki, które są mocno “pod” drzewami. Powiem więcej, zazwyczaj są to tzw. “przelotówki” gdzieś, bo z nich nic nie widać, są dokuczliwe bo pod górkę i w dół, więc po co o nich chodzić. To nas trochę pokierowało. Szlak między Zwardoniem, a Wielką Raczą to długie przejście przez takie lasy. My w dużej mierze już je poznaliśmy, z wyjątkiem małego fragmentu między Magurą a Wielką Raczą na której byliśmy 8 lat temu.
https://www.zespoldowna.info/zwardon-w-beskidzie-zywieckim.html
https://www.zespoldowna.info/w-drodze-na-ozna.html
https://www.zespoldowna.info/wielka-racza.html
Jeszcze inaczej. Idąc przez Oźną na Magurę, a potem schodząc ze Skrzadnicy, towarzyszyła nam ściana lasu ograniczająca dość istotnie przejście. Porastała ona Jaworzynę.

W ten sposób stworzył nam się chyba doskonały plan na przejście soboty w cieniu. Zaczęliśmy w Rycerce Górnej i mieliśmy skierować się na Jaworzynę. Następnie przejść do czerwonego szlaku a nim aż na Obłaz do żółtego szlaku, jak z Wielkiej Raczy, by wrócić do Rycerki.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jaworzyna_(1021_m)
https://pl.wikipedia.org/wiki/
https://pl.wikipedia.org/wiki/
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Przyjechaliśmy do Rycerki i tam 24C. Czuliśmy się perfekcyjnie i ten delikatny wiaterek robił nam dużo radości. Nasmarowani przez Asię wystartowaliśmy, by na skróty dojść do Jaworzyny. Była znów niespodzianka. My z Rycerki do góry, a tu Janek krzyczy tato niebieski. Sprawdzamy jest niebieski! Coś tutaj nie grało! Na mapach go nie ma, a jednak jest. Po chwili przypomniało nam się przejście na Oźną. Wtedy dowiedzieliśmy, że był szlak niebieski przez nią między Zwardoniem a Rycerką. Musiało to być to.
Jak ktoś chodzi po górach nie czytając o ich historii to potem się dziwi, że mapy pokazują jedno, a rzeczywistość to drugie. Janka zaskoczył niebieski szlak. Kamila polany, nas też. Cały czas słyszał: “Idziemy do lasu!” A tu droga przez jedną polanę, potem przez drugą, kolejną itd. W domu człowiek czyta i dowiaduje się, że Jaworzyna to byłe, wielkie hale wypasowe…i te polany są ich pozostałością. “Pyszne”…choć na nich było już ciepło.
Widoki trochę rekompensowały to wszystko, ale miał być las…a tutaj polany, ścieżki z kałużami i żabami, którymi Janek się zachwycał, a do Jaworzyny było jeszcze trochę do przejścia. Wciąż wiał wiatr i nie czuć było wzrostu temperatury, tak jak i tego, że idzie się pod górkę. Było bardzo miło.
Konsternacja w końcu się skończyła. Weszliśmy do lasu, pięknego pełnego buków i od razu stało się …zimniej. “Tato gdzie Jaworzyna?” Tego można było się spodziewać po Janku, który bez żółtej karteczki powtarzał stale i pytał stale…ale cały plan dnia miał w telefonie i jakoś postanowił nie sprawdzać tego. W końcu doszliśmy do szczytu i o dziwo tam karteczka z oznaczeniem. Od razu zrobiło się ekipie lepiej, gdyż śniadanko w głębokim cieniu pod bukami zrobiło swoje.
Teraz trzeba było znaleźć skrót do czerwonego! Kamil pogonił do przodu, skoro można było to już, trzeba było go gonić. Janek poszukiwacz, co chwilę znajdywał jakieś grzyby, a potem Rodzina się dziwiła, że widział borowiki i kanię. Obok nich przechodził, ale od tej huby to nie chciał!
Kamil to pojawiał się, to znikał. Droga nie miała żadnych śladów, oprócz nikłego “wyrobienia” w trawie. On nie znikał na dłużej, aczkolwiek my zaczynaliśmy się denerwować czy oby nie skręcił gdzieś w bok. Jednak na syna można było liczyć. Czekał zawsze gdzieś na jakimś “skrzyżowaniu.”
Gdy dotarliśmy do czerwonego szlaku na Wielką Raczę ze Zwardonia, Kamil postanowił trochę się nas trzymać. Pojawiły się za duże kałuże, to trzeba było omówić przejście, pojawiły się słupki graniczne, no i Janek krzyczał stój granica! Zaczęło się inne wędrowanie. Wciąż bez ludzi, wciąż w cieniu ale jak to Janek mówił “granicznie”.
Kamil zatem swoim sposobem, co słupek czekał na nas. Zbliżaliśmy do drugiego szczytu o nazwie Mały Przysłop. Janek wiedział, że wchodzimy na niego skrótem, to się trzymał. Kamil musiał być hamowany.
Janek zobaczył pierwszy, szczyt Małego Przysłopu. Wyglądał na pagórek obok widniejącego z tyłu…no właśnie czego. Tam nawet halizny było widać. Nic tam Janek opanował słowo Przysłop i pogonił do przodu. Wydawało się, że będzie to łatwe.
Nagle wyłonili się Strażnicy Leśni. Janek z daleka do nich cześć. Panowie bardzo mili kompletnie zaskoczeni:”Przecież jest 28C, gdzie idziecie?” Odpowiedź zaskoczyła Panów:”Jest świetnie, miło, wiaterek wieje, a u nas wczoraj było 39C!” Na takie dictum, Panowie pościskali Janka, powiedzieli żeby uważać a oni dalej poszli mierzyć temperaturę lasu. My na Mały Przysłop.
Na początku zaskoczyły nas słupki z zygzakiem niczym jakiegoś węża. Na to wygląda, że słupki tutaj tak mają, bo Janek był zdziwiony, a my nawet bardziej. Sam szczyt znajduje się po słowackiej stronie i uwaga, przy słupku z “wężem” jest nawet widoczna ścieżka. My na nią. Cóż doszliśmy do wskaźnika GPS, a tam koniec ścieżki i gęstwina, a tabliczki nie ma. Drugi szczyt zatem nas zawiódł. Janek nie poddawał się, krzycząc do Kamila “chodź na skróty” postanowił zdobyć Wielki Przysłop szczyt numer 3.
No i jak się wchodziło, tak trzeba było spadać. Takie Góry Suche, tylko wyższe od razu miałem to w głowie.
W końcu na podejściu (pierwszym) Kamil odjechał od nas. Nie daliśmy rady gonić za nim. Słoneczko pojawiło się na polanie i było ciepło.
Już wydawało się, że weszliśmy na szczyt, a tutaj okazało się, że była druga część podejścia. Patrząc do tyłu widać było wspaniałe widoki na Jaworzynę aż po Kikułę.
Szczyt o dziwo miał tabliczkę, co wywołało zadowolenie ze zdobytego trzeciego szczytu. Nie trzeba było ustawiać chłopców do zdjęcia, sami się ustawili. Usiedliśmy w cieniu z tej okazji by odpocząć i zjeść śniadanie. Wtedy ona “wyszła” z lasu. Góra, która na całym tym szlaku (od Zwardonia niemalże) dominuje to Wielka Racza. Wyglądała monumentalnie, w szczególności gdy zeszło się z Wielkiego Przysłopa w dół.
…to znów było spadanie i miało być ostatnie. Jak ktoś tak myślał (ja), to się mylił. Czwarty szczyt Obłaz nie różnił się znacząco od poprzednich. Trzeba było mocno się wdrapywać do góry.
No i kiedyś na górze była tabliczka. Dzisiaj pozostał tylko słupek. Nie spodobało się to Jankowi. Upał wzrastał, a tutaj było brak motywacji, czyli szczytu. Sytuację uratował skrót do żółtego szlaku i zapowiedź: “Idziemy do auta”.
Tu był już gorąc. Na szczęście my w dół, choć spotkaliśmy dziewczyny idące do góry. One były zalane potem, a my mogliśmy ochłodzić się w strumyku. Kamienie przeszkadzały na zejściu, ale nie słońce.
Na koniec czekała niespodzianka: pieczątka i magnes, które można było zdobyć w bufecie przy szlaku. Janek oczywiście skorzystał i humor od razu się zmienił. Niestety musieliśmy jeszcze przejść kawałek przez Rycerkę…ale ta temperatura była niczym niezwykłym, czego doświadczaliśmy dzień wcześniej w domu.
Nasz licznik po dniu dzisiejszym powiększył się o kolejne 4 szczyty, które po raz pierwszy rodzinnie zdobyliśmy i liczy już 1 059. Sobotę udało nam się przetrwać. Mieliśmy też plan na niedzielę…bez upału.



































































