Chełmczyk jest najwyższą górą Bramy Lubawskiej.
styczeń 19, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Takiej historii jeszcze nie mieliśmy. Szukaliśmy kolejnego celu do zdobycia, przy tej zmiennej pogodzie i wybór padł nasz na Bramę Lubawską. Przejeżdżamy przez nią teraz niemal zawsze, od kiedy jest autostrada, w kierunku Karkonoszy. Znamy ją od samego początku, gdyż Zadzierna wzmiankowana jako jej najwyższy szczyt jest w Diademie Gór Polski i jest to świetny, turystyczny szczyt. My go już zdobyliśmy i to zawsze z zachwytem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Brama_Lubawska
Tylko jest jedno ale: to nie jest najwyższy szczyt Bramy Lubawskiej, choć manipulacja tym faktem jest niesamowita. Nawet AI się w tym pogubiło. Jak to odkryliśmy, że szuka się na siłę argumentów by wskazać Zadzierną jako najwyższą, postanowiliśmy jednak zdobyć Chełmczyk.
Na radarach pogodowych pokazywało, że od 9:00 ma wyjść słońce w Szarocinie skąd chcieliśmy wystartować. Byliśmy o 9:30. Słońca brak. Jednak my się nie poddajemy i nawet w takich sytuacjach, dobrze ubrani idziemy w góry!
Nie zaczęliśmy dobrze. Ktoś w tej “Bramie” nie zamknął drzwi i wiało masakrycznie. Pokazywało 30 km/h na radarach, ale podmuchy ciepłego wiatru były zdecydowanie silniejsze. To powodowało, że śnieg był jak błoto. Kamil czuły na takie wiatrowe numery, uruchomił swój najgorszy tryb i zastawiałem się jak my to mamy wytrzymać. Janek przestraszony zachowaniem Kamila, wolał się trzymać Asi z którą powtarzał wszystkie nazwy szczytów jakie mamy zdobyć tego dnia. Planowaliśmy ich 7, a pierwszy Łysek był przed nami.
Są takie góry przez które poza zimą nie da się przejść na skróty. Wszędzie pola, pastwiska, druty i płoty, ożyny na koniec. Jak się patrzy na mapę często nie ma ścieżek. My właśnie tak postanowiliśmy zdobywać nasze góry tego dnia. Okazywało się, że ścieżki jakieś się znajdują i na Łysek tak weszliśmy ścieżkami, których na mapach nie ma.
Chłopcy dostali kijki do trenowania. Kamil kompletnie zaskoczony nie wiedział jak sobie poradzić z nimi, gdy był tak pobudzony. Janek odwrotnie, od razu wiedział jak je użyć. ostatnia wyprawa w Krowiarkach się przydała w tej mierze.
Byliśmy mile zaskoczeni górą. Raz trzeba było na nią trochę powchodzić jednak. Dwa była wciąż na niej tabliczka. Trzy Kamil trochę się uspokoił. Przed nami było jednak przejście pastwiskami na kolejny szczyt Długatę. Kamil odjechał. Był agresywny, zapętlony. Jedynie góry mogły dać nam ucieczkę.
Pierwsze łąki pokonane. Widokowo tutaj na pewno jest, ale nie tym razem. Było już w górę i w dół. Asia obstawiała, że jak w Górach Suchych. Janek dzielnie powtarzał nazwy wszystkich szczytów zdobytych i do zdobycia. Ja nie mogłem ich się nauczyć, nie szło mi patrząc jak Kamil się zachowuje.
Zobaczyliśmy z tyłu Łyska, którego zdobyliśmy. Przechodząc łąkami zachowywaliśmy się jak minerzy. Raz wpadaliśmy śniegiem po kolana, a raz w ogóle go nie było. Tutaj rządził wiatr!
Skrót na Długatę nam się udał. Ledwo zeszliśmy z łąk, zobaczyliśmy ścieżkę sarnią i była rewelacyjna aż po sam szczyt. Tam jednak tabliczki zabrakło, ale zrobiliśmy sobie zdjęcie przy jarzębinie. Przyszedł czas na odpoczynek, bo skróty lubią wykańczać.
Kolejnym celem miała być góra Nowa.
Znów skróty. Najpierw mocno pod górę, potem w dół, potem przez łąki na których nic nie było widać, a wiało jak…by w końcu stanąć przed górą. Przyznaję się, że jak ją zobaczyłem z drogi, to nie byłem przekonany że się uda wejść. Ale skoro te góry są jak Góry Suche, to z jednej strony jest stromo, z drugiej mniej. Udało nam się znaleźć drogę, tak aby było mniej stromo. Janek z daleka krzyczał NOWA!
My na szczycie byliśmy kompletnie zaskoczeni skalną graniówką. Świetna, szkoda że znów tabliczki nie było. Najważniejsze, że Kamil się wyciszył, ale bolała go głowa po tych emocjach i przy tym wietrze. Jankowi tak się podobała góra, że nawet o zejściu z kijkami nie chciał słyszeć. On “spada” w dół.
No i spadliśmy w dół prosto w zaspy śnieżne. Na to wyglądało, że aby dostać się na nasz główny cel Chełmczyk, to będziemy musieli mocno przedzierać się przez olbrzymie ilości nawianego śniegu. Tym razem Kamil poprowadził i przetrałował nam przejście.
Kilka razy do góry, kilka razy w dół i byliśmy tuż przed Chełmczykiem. Asia, że to góry jak Góry Suche, znów. Ja myślałem o Beskidzie Wyspowym, gdyż te góry jak wyspy mocno wypiętrzone na tej ziemi.
Jednak najpierw do tej “wyspy” trzeba było dojść. Znów w dół, znów do góry. U Kamila włączył się palec. Pokazywał on drogę do auta. Wyraźnie był już zmęczony, gdyż znów było do góry i znów w dół…jak w Górach Suchych.
W końcu wspięliśmy się pod kopułę Chełmczyka. Ostra góra i to bardzo od dołu ponad 140 m przewyższenia przy 765 m wysokosci. Z każdej strony wybitna, ale z tej od Szarocina mniej. Kamil wszedł pierwszy. Dla Janka było za dużo śniegu. Asia dopingowała jak mogła, ale Janek wyraźnie nie miał jak sobie poradzić z jego ilością. Ucieszył się z Chełmczyka i powtarzał, że to 4 szczyt!
Szczyt nas wykończył, ale była tabliczka! Stąd musi pięknie podziwiać Rudawy Janowickie! No właśnie AI raz powiedziało, że to może być część Rudaw…patrząc jednak na szczyty dookoła, to nie pasuje do tych gór. One są po prostu inne. Tak samo Góry Krucze będące obok, też są inne.
Janek zatrzymał się na zejściu. Stąd widać było kolejne szczyty: Świerczynę i Rudziankę, a obok Łysunię. Niby się przejaśniało, niby wiatr wiał mniej, ale ciemne chmury znad Karkonoszy goniły w nasza stronę. Dobrze, że moc wróciła do Kamila, to wróżyło nam dobre przejście.
Pod Świerczynę goniliśmy Kamila z sukcesem czerwonym szlakiem. Jednak jak trzeba było już podejść…to Kamil po prostu zniknął. Janek został uwieczniony sam na szczycie.
Kamil znalazł odpowiednie miejsce na odpoczynek za szczytem. Był już naprawdę zmęczony. On trałował nam szlak, gdyż oczywiście nikogo przed nami nie było. Jemu jak się później okazało, rozwaliła się podeszwa buta. Jednak nasz autysta nie rozumie tego, bo celem jest przejść, a nie że but się zepsuł. Nic nawet nie wspomniał.
Miał jeszcze siły by wejść na kolejny szczyt Rudziankę, ale jak Janek zaczął wyliczać szczyty i zauważył, że brakuje jeszcze Łysuni do zdobycia, to się zaczął denerwować. My jeszcze nie wiedzieliśmy, o co chodzi.
Jak zobaczyliśmy Łysunię, to sami odpuściliśmy. Niby mała góra 677 m npm, ale tak górująca, z tak stromymi stokami, że nie mieliśmy na to sił. Janek chciał, nawet próbował nas oczywiście przekonać. Uratowała nas chmura i po prostu ciemności, jakie nadchodziły. Janek dał się przekonać.
Na koniec udało się zrobić pajacyki. Ledwo ledwo, ale doszliśmy do auta. Tam przy ściąganiu buta okazało się, że Kamila buty po prostu nie wytrzymały tej zimy. Jak on nic nie mówił, podziwiam. Uspokoił się z jego emocjami. Janek za to był pełen radosnych emocji, bo 6 szczytów zdobyliśmy czyli już 960 w kolekcji. Ja podziwiałem jak Asia wdrożyła im kijki. Do tej pory Janek próbował, gdy czuł że jest dla niego za trudno na jakimś przejściu. Dzisiaj świetnie sobie radził. Spowolniało to istotnie przejście, ale samodzielnie radził sobie z najtrudniejszymi zejściami, a tutaj ich było sporo.
Na koniec rozmawialiśmy z Asią o samych górach. Wykluczyliśmy, że należą do Gór Kruczych, pominęliśmy Rudawy, które zdecydowanie są inne. Zatem one są “swoje”. Z tej perspektywy patrząc Chełmczyk powinien być uznany za najwyższy szczyt Bramy Lubawskiej bez żadnej kombinacji, tak mi się wydaje. Dla mnie te góry zostaną Beskidem Wyspowym z Dolnego Śląska :)














































































