Mangart 2 679 m npm, to jest nasz najwyższy szczyt zdobyty!
czerwiec 29, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Wysiadałem z auta i pomyślałem, że jestem wariantem skoro chcę wejść na tą górę. Miałem ją już w mojej głowie z każdej strony i wciąż była trudna.
Stałem i się bałem giganta mierzącego 2 679 m jednego z najwyższych szczytów Słowenii.
Gerlach w Tatrach ma 2 655 m i boimy się go bardzo, jeszcze czeka na nas, a tutaj mamy iść i zdobyć szczyt wyższy od niego, całą Rodziną: Asia, Janek, Kamil i ja. Nie pomogło także to, że Tomasz nasz gospodarz, jak usłyszał gdzie chcemy wejść był przynajmniej zaskoczony.

W poniedziałek byliśmy jedyni na szlaku, gdy wystartowaliśmy. Nasz pierwszy cel: schronisko pod Mangartem (Koča na Mangrtskem sedlu). Jak to w Słowenii szlak oznaczony jest czerwoną kreską i trzeba być czujnym, by go nie zgubić…a może to się zdarzyć nawet na takiej drodze jak ta poniżej.
…a Mangart był ciągle nad nami, olbrzymi i biały. Asia nie umiała sobie wyobrazić jak my mamy na niego wejść, gdy widzi się taką ścianę. Ja nie umiałem sobie wyobrazić, że w ogóle jest dla nas do przejścia, gdyż szlak po słoweńskiej stronie to ferraty, a szlak po włoskiej to…trochę mniejsze ferraty. Na początek jednak stwierdziliśmy, że jesteśmy gdzieś w Tatrach Zachodnich, a może na Małej Fatrze i może tuż pod Rozsutecem.
Janek postanowił być pierwszy. Szedł jak na pierwszego przystało: sprawnie bez marudzenia, przy tym nie znosił konkurencji. Kamil próbował go minąć, ale się nie dał. Z góry ustaliliśmy z Asią, że idziemy jak zawsze w zespołach: Asia z Kamilem, Janek ze mną. To ułożyło trochę kolejność, tak że Kamil pilnował się Asi, a Janek próbował kierować nami wszystkimi.Tak doszliśmy do grani Małego Mangarta.
Janek jak to on, dopingował, pomagał, ale też ostrożnie się wycofywał jak coś go zaskakiwało, tak jak owce przy szlaku. Miał w głowie historie z nimi, kierował się przez halę ostrożnie, by je nie zachęcić do bliższej znajomości.
Podeszliśmy w ten sposób do pierwszych lin. Nie było to trudne, ale uzmysłowiło nam, że one będą i trzeba będzie się z nimi zaprzyjaźnić. Dobrze, że Janek w tym momencie zapomniał o swojej żółtej karteczce. Nie dałoby się jej trzymać i liny w tym samym momencie.
Dla Kamila pierwszy test wyszedł … idealnie na jego długie ręce i nogi. Nie było problemów, sam dopominał się instrukcji od Asi i razem pokonali pierwszą przeszkodę gładko. Pojawiły się też pierwsze widoki w dół. Przypomniał mi się od razu Shrek i “…nie patrz w dół”. Tutaj różnica w wysokościach była obłędna.
Pierwszy problem, zaczął się od tego że Janek zrozumiał Asię w taki sposób, że będziemy szli drogą Smerfów. Nie chciał iść droga, tylko szlakiem i to po stronie słoweńskiej. Ciężko było wytłumaczyć, że ITAL. SMER to jest ten nasz właściwy szlak. Jednak ruszył, ale od tej pory wszystkie oznaczenia szlaku, czy to było kółko, kreska, czy nawet “polska” flaga musiały być “przybite” przez niego. Sprawdzał chyba, czy aby na pewno to prawdziwy szlak :)
Jeszcze nie byliśmy świadomi, że zaczyna się nasze podejście. Zwracaliśmy uwagę, że jest śnieg, a Janek że pojawiła się “Polska”. Wszystko skończyło się jak ręką odjął, jak zrozumieliśmy, że od tej pory to my się tylko wspinamy, a polska flaga oznacza naszą ferratę do zdobycia.
Zanim przeszliśmy ten odcinek ferraty i to w całkiem fajny sposób, spadł na nas kamień z góry. Na szczęście mogliśmy iść dalej. Asia instruowała Kamila, dla którego dzięki temu nie było problemów. Janek, jak to Janek miał swoje własne warianty wejścia i negocjacje trwały cały czas…ale wspinał się.
Udało się w końcu wejść na trawers. Dogoniliśmy Asię z Kamilem i mogliśmy iść bliżej siebie tzn. Janek pierwszy.
Nie trwało to długo, gdyż Asia z Kamilem szybko zdobywali na piargu wysokość, a my ciągle negocjowaliśmy jak to mamy iść.
W tym momencie widok na sąsiadującego Jałowca (Jalovec) był już imponujący, a my dopiero mieliśmy wchodzić na kopułę. Przestrenie wokół były tym czymś innym niż to co oglądamy w Tatrach. Do góry wyglądało to bardzo przyjaźnie, do momentu, kiedy okazało się, że trzeba bez lin wchodzić mocno do góry.
Tutaj Asia pogoniła z Kamilem do przodu, a Janek pogadał sobie z idącymi turystami. Wszyscy słyszeli: “My name is John!” i “Dober dan”. Nie było istotne jakiej narodowości byli to turyści. Gratulowali nam i chwalili nas.
Asia czekała na nas. Okazało się, że każdy kilometr wejścia trwał dla nas więcej niż godzinę :). Jednak warto było. Po euforii ze zdobycia, przyszedł czas na śniadanie, ale bez herbatki. Temperatura stawał się na tyle wysoka, że mogło to być już zbyt ciepłe doświadczenie dla nas.
Janek wpisał swoją obecność do zeszytu dzięki Asi.
My pooglądaliśmy widoki niesamowite w każda stronę, a Kamil…zaczął walczyć z ptakiem. Ten najpierw latał koło nas. Potem świetnie pozował, a na koniec widząc Kamila jedzącego ciastka postanowił mu w tym pomóc i załapać się choć na okruszek. Dla Kamila było to bardzo, a bardzo kłopotliwe! Musieliśmy schodzić i to szybko!
Asia była przejęta: “Jak my zejdziemy, jesteśmy tak wysoko?!” Ja byłem przejęty, gdyż zastanawiałem się jak wynegocjować zejście z Jankiem, by tym razem nie szedł własnymi ścieżkami. Musieliśmy przezwyciężyć nasze ograniczenia…nie patrząc w dół!
Zejście do przełęczy poszło nam rewelacyjnie, choć Asia z Kamilem zniknęli nam z widoku, tak szybko i sprawnie to zrobili.
Dogoniliśmy ich na chwilę wręcz na trawersie. Popatrzyliśmy na Lago di Fusine z Jankiem, 1 700 m poniżej i poszliśmy na ferraty.
Znaleźliśmy sposób na zejście. Ja schodziłem tyłem i pierwszy, Janek za mną. Ja podtrzymywałem jego rękę a on szedł za mną. To co zajęło nam tyle czasu na wejściu, teraz zrobiliśmy błyskawicznie. Nawet widzieliśmy już Asię i Kamila. Jednak patrząc do góry, od razu wracała ta myśl: jak potężna to jest góra, jak dobra była dla nas, że udało się na nią wejść!
Już byliśmy na końcu, już byliśmy na halach. Wtedy przyszła kolejna fala euforii. Udało się, choć było tak mało realne i racjonalne na początku. Chłopcy zaskoczyli nas. Patrzyliśmy na nich z podziwem, a ja jeszcze wciąż zerkałem na Mangart. Jak to się udało?
Nie mogliśmy tak skończyć naszej przygody. Następnego dnia pojechaliśmy na Lago di Fusine, by zobaczyć “nas” trawersujących Mangarta. Niesamowicie to przytłaczało swoją wielkością. Potem chcieliśmy na niego popatrzeć od Doliny Koritnicy. Był monumentalny. Do niedawna najwyższym szczytem dla nas był Kanjavec, gdzie jak się pojawiliśmy turyści nie mogli się nadziwić naszym widokiem. Teraz tak będzie z Mangartem!
O tym jak będziemy pamiętać o nim, jako naszym najwyższym zdobytym szczycie, najlepiej oddały słowa Tomasza, gdy dostał informację z parkingu, że wróciliśmy: “Jarek nie wierzyłem, że Wam to się uda. A udało się! Nie wiem co mam powiedzieć, bo o czymś takim to ja jeszcze nie słyszałem!”.
My też :), ale dzięki tej górze wierzymy, że możemy więcej, a był to nasz 1 041 szczyt zdobyty RAZEM.










































































