Na Lipowiec przez Beskid Sądecki jak Góry Suche
marzec 9, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Wracamy w Beskid Sądecki. Tam wciąż mamy najwięcej szczytów do zdobycia. Wykorzystaliśmy, że mamy okres nie-turystyczny, wybraliśmy szlak z Krościenka nad Dunajcem, który jest “trudny” w sezonie, gdyż nie ma jak tam dojechać. Uzasadniony temat. Nam dzięki temu, że mamy marzec, udało się jak nigdy znaleźć miejsce parkingowe przy szlaku GSB. Po chwili trafiliśmy na ulicę Jarka i ja już byłem szczęśliwy, a Rodzina się śmiała ze mnie.
My wciąż nie znamy tego regionu. Z jednej strony Beskid kojarzy się nam z czymś łagodnym, ale są też tutaj ścieżki, które potrafią dać w kość. My zaczęliśmy wzdłuż Dunajca fajną drogą by trafić na “małą” górkę Dąbrówkę. Na mapie to 604 m npm.
Zaczęliśmy swawolnie, ale po chwili Asia już nieśmiało porównywała:”Zabrałeś mnie w Góry Suche?”…i tak zostało niemalże do końca dnia. Niby droga leśna, niby wyjeżdżona, ale w górę jak to w górach. Kamil od razu wypocony, Janek nawet rozpinał się.
Niby na szczycie miała być pomarańczowa tabliczka…niestety nie znaleźliśmy jej, ale widoki już zaczynały być zaskakujące. Pełno żółci leszczyny. Kamil z radością wybrał ścieżkę w dół. Nie wiedział, że prowadzi ona nas do podejścia jakiego dawno nie mieliśmy, albo raczej przygody. Asia patrząc na ostre czubki gór powtarzała: “Jak w Górach Suchych”.
Janek świetnie szedł. Asystował Asi. Zdziwił się ścianą kanionu w dół. “Co to?” też chcieliśmy wiedzieć.Kanion, prawdziwy kanion zarówno w lewą stronę, jak i w prawą. Jak zejść?
Trawers w dół był wymagający. Kamil świetnie sobie poradził, Janek kombinował jak sobie jeszcze utrudnić zejście, taki ten Janek już jest. Potok Podlipowiec zrobił niesamowitą rzeźbę w tych górach. To był początek naszej morderczej przygody. Lipowiec, góra o wysokości 744 m npm dała nam popalić i to mocno.
Byliśmy tak rozgrzani trawersem potoku, że trzeba było się przebrać. Z Kamila spływało, z Janka spływało. Janek jak zwykle odliczał góry do zdobycia, ba świetnie nazywał pasma jakie były po drodze. Świetnie pamiętał. Gadając tak szliśmy. Kamil też wciskał się do dyskusji z jego kalendarzem aktywności. Doszliśmy do ścieżki, która nie wyglądała na taką co można przejść. Ona raczej nas zdobyła i wystraszyła. To nie była lufa, jak się to mówi w górach typu Tatry, ale ścieżka do nieba po liściach bukowych, które działały dla butów lepiej niż lód. Jedyną osobą, która się nie dała, był Kamil…on szedł nie rozumiejąc problemu :)
Został wycofany i z Asią postanowiliśmy zrobić prawdziwą graniówkę, boczkiem do ścieżki która nas spłoszyła. Janek prowadził, Kamil się denerwował, bo on zazwyczaj jest pierwszy. Asia się denerwowała ostrością stoku, a ja jakoś musiałem obejść “piony” byśmy w końcu doszli na coś “płaskiego”.
Lipowiec był przeżyciem. Szkoda, że tutaj tez zabrakło tabliczki, ale zostanie w mojej głowie jako ten najbardziej wymagający. Należało nam się śniadanie. Jeżeli przy takich górkach nas podejście wykończało, to co miało być później. Janek świetnie powtarzał góry zdobyte: Dąbrówka, Lipowiec, ale i te do zdobycia: Groń, Wisielec, Dzwonkówka, Stajkowa. Miało być 6 szczytów do zdobycia, a licznik miał być po dzisiejszej wyprawie 987.
Dalej skrótami, w końcu dotarliśmy do GSB (Główny Szlak Beskidzki). O dziwo schodził turysta. Było widać Tatry. Same niespodzianki. Janek przypomniał sobie, że dawno nie oglądaliśmy mapy. No i znalazł Groń. Góra w bukach jakich mało. Piękna.
Szybkie zejście i niemalże bliźniaczy szczyt w bukach: Wisielec. Oj tym razem nie było łatwo. Kamil tak dobrze to zapamiętał. Wracając dwa razy upewniał się, że go ominiemy.
Znów wróciliśmy na GSB. Tym razem mieliśmy dojść do Dzwonkówki. Janek sprawdzał na mapie, Kamil uciekał, a my powoli podchodziliśmy szerokim duktem na szczyt. Tak nam się wydawało.
Patrzyliśmy na mapy.cz. Błądząc po grani nie znaleźliśmy tabliczki. Coś co miało być łatwe okazało się trudne. Kamil się wkurzał, bo był śnieg i to śliski. Janek wolał iść za nim a nie przed nim. To Kamil miał być “saperem” który wpada w śnieg a nie on.
Drugie potencjalne miejsce szczytu, wyglądające na charakterystyczne, też nie okazało się być szczytem. Kamil już się wkurzał, bo ile razy można pozować do zdjęcia szczytu, którego nie ma. On to wiedział! Śniegu i lodu było całe mnóstwo, przy tym zimno piekielnie. Postanowiliśmy wracać na GSB.
Nie doszliśmy. Prawie na końcu żółtego szlaku pojawiła się tabliczka, potwierdzająca, że zdobyliśmy Dzwonkówkę. Ulżyło. Jeszcze bardziej, gdy okazało się, że po drugiej stronie mamy ciepło, piękne Tatry i spokój.
To było miejsce dnia. Długo odpoczywaliśmy, jedliśmy, piliśmy. Było błogo. Jednak Kamil już chciał wracać. Pokazał w dół, do auta, głodny i poszliśmy GSB. Zejście było bardzo szybkie. Jeszcze migiem zdobyliśmy Stajkową, gdzie spotkaliśmy drugiego turystę tego dnia Pana Mirka. Janek oczywiście niczym przewodnik powiedział jakie góry zdobył i już byliśmy na dole.
Zejście do Krościenka było już super widokowe. Chłopcom chyba z wrażenia wyszły pajacyki i padnięci dotarliśmy do auta.
Tam patrząc na mapę dowiedzieliśmy się, że poziom podejść był już całkiem, całkiem. Choć wykres nie pokazuje “Gór Suchych” w Beskidzie Sądeckim, to te zejścia i podejścia były jak tam. Nasze nogi to czuły. Janek zadowolony powiedział, że teraz w Tatry, więc kolejna wyprawa będzie tam.





























































