Wycieczki nieoczywiste czyli na koniec Gór Bystrzyckich
maj 12, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Obserwowaliśmy pogodę na sobotę i tak wyszło, że będzie na końcu naszej części Polski. Nigdy tam nie byliśmy i to był powód, że pojechaliśmy do Boboszowa na przejście graniczne z Dolni Lipka po czeskiej stronie. Celem było przejście do miejsca gdzie skończyła się nasza wyprawa w czasach covid-u, gdy dotarliśmy do przejścia granicznego Kamieńczyk-Mladkov Petrovičky.
https://www.zespoldowna.info/kamyk-czerwien-bochniak.html
Janek nie mógł uwierzyć, że to są nasze “góry” do zdobycia. Miał kartkę z celami, napisaną z nazwami czeskimi, ale wciąż nie był pewny gdzie mamy iść. Kamil jak zobaczył szlak zielony, którym mieliśmy iść, to się zdziwił i czekał na naszą reakcję, gdyż tutaj to my nigdy nie byliśmy i nie wyglądało to na szlak!
Janek wziął sprawę w swoje ręce i zaordynował z kartki: “Páchův kopec”. Kamo ruszył, ale Janek jednak miał inną koncepcję. Zaczął biec do przodu. Takiego obrotu sprawy nie spodziewaliśmy się. Zielony to zielony!
Jednak Janek się zapędził. Doszliśmy do torów kolejowych, gdzieś zgubiliśmy szlak i trzeba było się wracać. Piękny bez koralowy podprowadził nas do wydarzenia, tak wydarzenia topowego dla Janka. “TUUUNEL, tato tunel chodź szybko!” Te echo, jak i samo przejście dało dużo dobrego efektu. Janek miał od razu więcej sił.
Wyjście z tunelu było, jak wejście do “innego świata”. Przed tunelem było w dół i do góry. Za tunelem płasko i o dziwo staw. Janek krzyczał tylko tato bóbr. Ja go nie widziałem, choć na stawie jakieś ślady były, tak jak powalonych drzew.
Chłopcy wyraźnie byli zaskoczeni. Zielony szlak jakoś znów nam się zgubił, gdy mijaliśmy strumień zasilający staw. Kamil stał się zdecydowanie mniej odważy, choć miał siłę powtarzać to, co on będzie robił za tydzień i w sierpniu. Janek gadał, że nie ma zielonego. Nagle przed nami wyskoczyły trzy jelenie. Ja w szoku, Janek kurczowo złapał się mnie, a Kamil stał jak wryty. Gdzie my trafiliśmy? Takie miałem pierwsze przemyślenia. Janek postanowił być ostatni. Kamo szedł pierwszy.
Krótko stwierdził:”Bocian!” Jednak to był żuraw, który dostojnym krokiem oddalił się od nas. Janek już nie chciał być pierwszy. Zwierząt było już za dużo jak na pierwszy odcinek drogi, bardzo dzikiej drogi, skąd było widać pięknie Masyw Śnieżnika od Trójmorskiego Wierchu aż po Czarną Górę.
Nasz pierwszy szczyt był po stronie czeskiej. Zdobycie Páchův kopec było dużą przyjemnością w szczególności, gdy wyszły owce żeby zobaczyć kto to tutaj idzie.
Strona czeska nas zauroczyła. Ścieżka polna prowadziła przez zielone, kwitnące trawy i pola. Janek trzymał kurczowo kartkę i ciągle czytał. Oswajał się z czeskimi nazwami kolejnych gór i za nic nie chciał pamiętać ich po polsku. Szliśmy zatem nie na Graniczny Wierch, a na Zadní Hraniční vrch. Nie szło przekonać syna, że może to być ciut prostsze w wypowiadaniu i powtarzaniu…ale szedł i to z dobrym tempem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Graniczny_Wierch
Z tyłu za nami zostawiliśmy Jeřáb i była kłótnia czy to ten z Jesionika, czy tez nie. Syn się wyrabia geograficznie, tak bym rzekł.
https://www.zespoldowna.info/trzy-szczyty-do-korony-sudetow-2-lazek-jerab-velka-destna.html
A potem pokłócił się o Studený, że to jest ten szczyt na jakim był. Ja tam nie rozpoznałem tego szczytu, ale w domu to się potwierdziło. Syn albo dobrze zgadywał, albo ma taką pamięć…lepszą ode mnie. Fakt faktem, że syn mając rozpisaną trasę dzień wcześniej na mapy.com spędził dłuższa chwilę i co jakiś czas zaskakiwał mnie jakąś nazwą, której ja nie opanowałem wcześniej. W ten sposób szło nam się dość szybko.
https://www.zespoldowna.info/czeskie-gory-orlickie.html
Granicznik zaskoczył nas…negatywnie. Nie było słupków, tabliczek…na szczęście był słupek graniczny. Janek tak się obraził na to, że od razu przystąpił do zdobywania Kamieńczyka, przepraszam Predni Hraniční vrch.
Po wyjściu z lasu pojawiły się niesamowite łąki z mleczami. Janek na chwilę zaakceptował to, że znaleźliśmy się po polskiej stronie. Kamil za nim. Nie trwało to długo. Jak zobaczył, że Kamieńczyk jest po czeskiej stronie, przeszliśmy na czeskie ścieżki.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Szczyt był pięknie oznaczony słupkiem pośrodku łąki, nie dało się tego nie zauważyć. Janek jednak szybko przeskoczył na Bernarda. Góra już była widoczna z dala, poniżej na zdjęciu. Kamil nie czekał, w końcu była prosta droga…ale Jankowi coś się nie zgadzało.
W końcu jak dotarliśmy do przejścia granicznego zobaczył ten znak: skrzyżowanie Adam. To mu pasowało do jego punktu z karteczki, który jakoś mu się zagubił przed oczami. Do Bernarda już było blisko…ale stromo.
Warto było tam wejść. Cała droga aż daleko po Masyw Śnieżnika, była jak mapa na dłoni. Z Jankiem dyskutowaliśmy jakie szczyty, gdzie są i trzeba przyznać był przygotowany!
Po odpoczynku w Kašparova chata, przyszedł czas na powrót. Mając wszystko przed oczami, co było potrzebne do przejścia, chłopcy już się nie pytali gdzie iść, tylko szli. Ja goniłem za nimi.
Tym razem mieliśmy iść zielonym po polskiej stronie…czyli na skróty.
Długo to nie trwało. Janek zdecydowanie pokazał, że mamy iść po czeskiej stronie…tam wylądowaliśmy za nim z Kamilem.
Tak sobie schodziliśmy, bardzo fajnie było. Liczyliśmy ile będziemy mieć szczytów po tej wyprawie. 1 028 już. I wszystko byłoby fajnie, gdyby Janek nie dotknął tematu: “Tato a w jakich górach jesteśmy?”…nie wiem. Dopiero w domu przeczytałem, że w Polsce przyjmuje się, że szliśmy na południowym końcu Gór Bystrzyckich, ale gdy szliśmy czeskie informacje wskazywały na Góry Orlickie. Trochę za trudne dla nas do decydowania.
Było miejsce w końcu na pajacyki, które wyszły bardzo udanie. Już żegnaliśmy się z czeską częścią naszej wyprawy, gdy rozległ się głos żurawi. Janek kurczowo się mnie złapał znów…a one maszerowały przy stawie, gdy nas zobaczyły jeden wzbił się w górę, a drugi tylko na nas krzyczał. Zdopingował nas do szybkiego przejścia przez ich królestwo.
Zaskoczeni byliśmy w 100% naszą wyprawą. Wydawało się, że będzie to taki sobie spacerek, a tutaj atrakcje w każdym miejscu i te wspaniałe żurawie. Wracaliśmy do domu i nawet Kamil powiedział żuraw “poszedł” czyli poleciał. Zostawiły u nas wspaniałe emocje, w tak zaskakującym miejscu, w tak zaskakujących górach i motywacje by tutaj wrócić.




























































