Stonehenge, Rysy, Pusty w Górach Orlickich
październik 26, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Szukając niezdobytych miejsc, jakich jeszcze nie odwiedziliśmy w Górach Orlickich, doszliśmy do ściany. Tak to jest, jak coś się lubi i jest tam fajnie. Wydawało się, że wszytko już przeszliśmy. Oglądając szczegółowo mapy okazało się, że w Górach Orlickich znajdujemy takie, dość znane i dobrze brzmiące słowa jak: RYSY, STONEHENGE, PUSTY. Zaintrygowało nas to. Na ten weekend pogoda od Zgorzelca po Pieniny miała być zmienna z dominacją deszczu (w końcu!). Zatem Góry Orlickie okazały się tym jedynym dobrym miejscem, z całodniowym bezdeszczowym dniem. Mieliśmy cel.
Żeby nie było, że zmyślam popatrzcie na te zrzuty z map.
Inny dobry powód to nowe szczyty. Na liczniku mamy 1085 szczytów. Na tej wyprawie mogliśmy zdobyć kolejne, 5 co dałoby naszej kolekcji liczbę 1090, dlaczego by nie! To były najlepsze argumenty…a jak się doda jak pięknie było podczas naszej ostatniej wyprawy na Polom nie było dyskusji, że tej pięknej jesieni będzie jeszcze piękniej.
https://www.zespoldowna.info/na-polom-i-dalej-na-anensky-vrch-w-gorach-orlickich.html
Na luzie przyjechaliśmy do miejscowości Říčky v Orlických horách. Po prostu świetnej, pięknej w kolorach jesieni. Podjechaliśmy od razu do drogi, jak na mapie, do STONEHENGE. Janek błysnął, że taki “Stonehenge” jest w Wielkiej Brytanii, co zrobiło nam dzień. Było błyskotliwe! Janek wyposażony w żółtą karteczkę, zegarek miał dylemat: stonehenge zapisałem mu jako pomnik na drugim miejscu w liście zdarzeń…a miało być pierwsze. “Tato źle zapisałeś!” Cóż dokonaliśmy zmiany i “oszczędziliśmy ” kilometr na przejściu z parkingu z centrum wsi…ale dalej mogliśmy się nacieszyć widokami i jesieni w najlepszych kolorach, jakie mogłyby być, choć syn to kontestował.
Od miejsca gdzie zaparkowaliśmy auto do Stonehenge, było 300 m obok domów, które troszeczkę ukrywały to miejsce. Nam się spodobał, świetnie zlokalizowany z widokami…ale lepiej pasuje tutaj nazwa z Asteriksa i Obeliksa czy zespół menhirów, co było też w opisie. Janek jednak nie był zadowolony, bo były pierwsze a nie drugie! Gadania z tej okazji trochę było. Kolejnym celem miał być szczyt o nazwie Pusty. Sęk w tym, że aby na niego przejść, trzeba by było “pokłonić się ” krowom, a tych było trochę, tuż obok. Janek kurczowo chwycił się Asi za rękę i postanowiliśmy obejść pastwisko-krowy. A one nas i ignorowały, i obserwowały. Jakoś trzeba było wejść w obszar, który był ich królestwem.
To była szybka akcja. Do góry błyskiem, zdecydowanym krokiem do lokalizacji oznaczonej punktem geodezyjnym i szybko dalej do lasu. Tak zdobyliśmy pierwszy szczyt i nawet nie pomyśleliśmy, że każdy będziemy zdobywać inaczej, będzie kompletnie inny i charakterystyczny…a widoki na Pustym były jak na Połomie…nie do opowiedzenia, tam trzeba po prostu być, by zobaczyć.
Dobrze, pierwszy szczyt zdobyty. Janek zadowolony, na karteczce już się zgadzało. Mieliśmy teraz trafić do RYSY. Swojsko brzmiąca nazwa i tylko, to że opisałem ją jako wioska, nie budowało istotnego zaburzenia u syna. Kamil po walce z omijaniem niespodzianek na pastwisku krów, tym razem się po prostu zerwał i pognał w swoim stylu do przodu. My idąc pod górę mieliśmy 3,6 km a on…niech zgadnę…dobrze pod 5 km/h.
Przyzwyczailiśmy się, że Kamil nawet w nowym miejscu nie ginie w górach. Dzięki temu zatrzymaliśmy się na chwilę nad strumykiem. Tak po raz pierwszy od dłuższego czasu zobaczyliśmy wodę płynącą w strumyku. Ile to było razy w Beskidzie Żywieckim, że na mapie były strumienie, a my widzieliśmy jedynie zarośnięte koryta.
Nam nie może się nudzić. Uwielbiamy i jak to się okazuje, ciągnie nas do zdobywania gór idąc terenem zjazdowym. Teraz też tak było. Zdziwiliśmy się trochę, gdy okazało się, że drugi szczyt do zdobycia o nazwie Zaklety, to świetna góra do zjazdów rowerowych i nartrostrada. Trzeba było się trochę zmęczyć, ale te krzesło zrobiło na końcu różnicę.
Znów było inaczej. Zrobiliśmy zdjęcie przy tabliczce i przy słupku geodezyjnym. Do tej pory mieliśmy wspaniałą ciepłą jesień. Gdy weszliśmy…przebieraliśmy się z powrotem w bluzy pod kurtki bo oddech parował i to mocno. Pocieszaliśmy się, że czeka na nas śniadanie i to była nagroda na Peticesti, czyli skrzyżowaniu szlaków. U Janka się zgadzało, więc wszystko było pod kontrolą.
Jak Kamila nie było, Janek gadał bez oddechu, stale. Gdy Kamil pojawiał się, to on gadał CIĄGLE. Znów przerabialiśmy kalendarz, zakupy…ze sto razy w kółko. Pojawiła się długa prosta na szczyt o nazwie U Kunstatske kapele, trzeci tego dnia. Zapadła cisza. Obaj chłopcy odjechali nam, jak zwykle.
Niby prosta droga, ale spróbuj stanąć tuż obok, to wpadasz w jakieś mokradła. Janek prowadził przez chwilkę, tak jak to Kamil lubi w takich sytuacjach. Doszliśmy na mapie pod szczyt, a tutaj las…no z dwoma małymi ścieżkami w las. Postanowiliśmy sprawdzić co to oznacza i to była właściwa decyzja!
Szczyt został świetnie oznaczony kamieniem, bardzo ciekawym, nietypowym. To była dla nas nagroda, że szukamy do końca. Spodobało się na tyle, że Janek już biegł na czwarty szczyt o nazwie Tetrevec.
Po czym poznaje się, że wchodzisz na górę? Bo schodzisz w dół. Wyglądało to niezmiernie ciekawie. Kamil z Jankiem mocno musieli zbiec po zygzaku w dół z U Kunstatske kapele, by niepostrzeżenie znaleźć się na szczycie Tetrevec’a. Oznaczenie szczytu było za pomocą świetnej tablicy tłumaczącej przyrodę tego miejsca. W związku z tym, że szczyt był oznaczony ciut obok szlaku, to zeszliśmy tam. Była kolejna niespodzianka: bunkier. Janek nie odpuścił sobie oglądania go, choć Asia wspominając o nietoperzach zahamowała szybkość eksploracji. Znów było inaczej.
Mieliśmy teraz wybór: iść dalej i dołożyć 2 km, albo zrobić skróty. Od bunkra prowadziła ścieżka w dół, wiec wybraliśmy skróty, jak to my lubimy. Okazało się, że trzeba było umieć “spadać”, gdyż “czapa” Gór Orlickich była mocno podcięta. Udał się trawersik i wyszliśmy na ścieżkę, która na starcie już nas zaskoczyła…ciągle prosto?!
Poszliśmy. Widoki jesieni malowane, choć ten deszcz “wałęsający” się obok nas trochę straszył. Janek próbował być pierwszy, bez szans. Kamil musiał mieć ponad 5 km/h, nie szło go dogonić. Janek już miał dość i nagle schował karteczkę do plecaka. Nie było to istotne, że jest jeszcze jedna góra, piąta do zdobycia…a było prosto, bardzo prosto. W końcu do niej doszliśmy.
Długo szukaliśmy miejsca szczytu, ale nie znaleźliśmy. Było prosto w trzech kierunkach i bez znaków charakterystycznych. Dopiero potem w domu zobaczyliśmy to, czego mieliśmy szukać. Znów świetny kamień, jako oznaczenie szczytu! Szkoda, że nie patrzyliśmy w dół, pod nogi.
Popatrzyliśmy przed siebie. Było prosto. Janek zadeklarował, że robimy pajacyki…udało się ich złapać, tak jak się udało :)…a potem poszliśmy dalej prosto.
2,6 km długości prosta w lesie, tyle ona stanowiła, rekordzistka porównywalna do szlaków w Górach Bystrzyckich tylko. Dzięki niej doszliśmy pod Pusty i jakoś dziwnie się poczuliśmy. Wszystkie krowy jakby czekały na nas po naszej stronie. Asia odmówiła trawersowania. Janek kurczowo chwycił się jej za rękę i nie szło iść przez. Zatem zrobiliśmy małe obejście i potem dopiero szybko w dół…a deszcz jakby szedł do nas.
Udało się. Doszliśmy do auta bez deszczu, podziwiając wszystkie barwy żółci, brązu, czerwieni. Byliśmy zmęczeni. Mieliśmy zrobić prawie 14 km a tutaj w mapy.com mamy ponad 18 km a na zegarku ponad 19 km. Nogi się czuły na ponad 19 km i tak sobie tłumaczyliśmy, że świetna trasa, piękna jesień, doskonałe humory całej Rodziny, dały tak dobre chwile, że nie czuliśmy tego. Odpoczęliśmy tam i polecam to miejsce bo jest ono warte tego by je odwiedzić.
PS. Na Pusty da się wejść z krowami, tak zapewniał ich opiekun. My nie próbowaliśmy.




















































