Krowiarki cz.2 Żelazne Góry na powitanie
styczeń 3, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Było pożegnanie roku 2025, musiało być powitanie roku 2026. Wybraliśmy na to Żelazne Góry. Jakby ktoś mi kiedyś powiedział, że takie są w Polsce to bym się zdziwił. Dzisiaj wiem, że to część Krowiarek i tam witaliśmy Nowy Rok.
https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBelazne_G%C3%B3ry
Najbardziej odludne miejsce w Polsce to Piotrowice Górne. Jechaliśmy tam licząc, że śnieg za chwilę przestanie padać. Taki był plan na radarach pogodowych. To, że później plan się zmienił to inny temat. 3 domy, kościół i to było jedyne miejsce gdzie mogliśmy w tych małych zaspach zatrzymać się.
Poczuliśmy się jak odkrywcy. Wszystko zasypane…ale w naszym zespole jest Kamil, który swoimi długimi nogami robił za “szlakowy pług” i przewodnika. Taka pogoda pozwala na dużo, na fajne skróty też.
Pierwszym celem była Golina, troszeczkę już wyższe “piętro” w stosunku do ostatnich zdobyczy w Krowiarkach. No i to piętro dało nam popalić swoim silnym wiatrem. Janek ze wsparciem Asi czuł się w podejściu lepiej, choć wiatr i śnieg w oczy waliły. Kamil nie odczuwał takich doznań, ona miał cel, choć zamglony zamiecią, to widoczny.
https://www.zespoldowna.info/krowiarki-cz-1.html
Golina dominująca nad doliną gdzie znajdują się Piotrowice, podczas słonecznej pogody, mogłaby być pięknym miejscem do podziwiania, a tak była świetnym miejscem do odsapnięcia od wiatru i śniegu. Tak jak się spodziewaliśmy, w tych odludnych miejscach tabliczek gór nie było, choć wystartowaliśmy czarnym szlakiem…jedynym.
Kolejnym celem miała być “najsłynniejsza góra” tego pasma czyli Krzyżowa. Musieliśmy znów zrobić fajny skrót, bo tam szlaki nie prowadzą. Kamil nas poprowadził trałując śnieg i było fajnie, gdyż las “zatrzymał” wiatr.
Janek “polował” cały czas jakby tutaj być pierwszym i na sam koniec się udało. Kamil myślał o jednym, a Janek po prostu wszedł na górę obok kaplicy. Tam dopiero zrozumieliśmy co to znaczy “U” kształtne pasmo. Wiatr tak mocno wiał od strony południowo-zachodniej, a Krzyżowa była pierwszą górą z tej strony, że na jej szczycie długo nie przebywaliśmy. Szybki powrót był najlepszym rozwiązaniem ze względu na bardzo silny wiatr na pewno powyżej 40 km/h.
Gdy doszliśmy do Dużej Łąki, to po pierwsze: prowadzący Janek zobaczył jedyną tabliczkę na całej naszej trasie, a po drugie to w niego znów sypnął śnieg i hamulec od razu się włączył! Już nie chciał być pierwszy, a jakoś na najwyższy szczyt Żelaznych Gór trzeba było dojść. Żeleźniak czekał. Był to czas Kamila.
Wykorzystał tą szansę i po prostu poszedł spacerowym, swoim krokiem do przodu, który dla nas jest nieosiągalny. Te góry są wybitne od południa, fajne górskie, ale na dobry start lepsze od północy. Dodatkowo ich kształt w postaci litery U odsłania od wiatru, który akurat od południowego zachodu wieje najmocniej. Spacerowaliśmy sobie góra, dół. Janek powtarzał nazwy szczytów, bo Dziadkowi i Cioci relację trzeba będzie zdać. Było cicho do czasu gdy nie weszliśmy na kopułę Żeleźniaka. Ostra od południowego-zachodu, wysoka ponad wioską poniżej, była idealnym celem dla tego silnego wiatru. Tym razem Janek nie zatrzymał się, on chciał zdobyć szczyt pierwszy! I zdobył. Nawet świetnie wymówił jego nazwę, choć trudna.
Szybko schodziliśmy przez małe zaspy w dół na przełęcz. Podziwialiśmy Góry Bystrzyckie i Masyw Śnieżnika, nawet w taką pogodę były widoczne. Jednak musieliśmy zdobyć nasz ostatni szczyt Kamiennik. Tutaj zima dała nam formy. Normalnie by do niego dojść od strony Żeleźniaka nie jest łatwo, bo pola. Tutaj wszystko przykryte świetną zimową kołderką i to jeszcze przymarzniętą, dało nam formy by do niego na skróty dojść…byle szybko bo zwiewało.
Jak dmuchnęło, to Kamil był gotowy nawet wracać. Nic nie było ważniejszego od ucieczki od wiatru…a śniegu było już trochę. Kamiennik czekał, bo Janek już umiał nazwać ją i nawet pokazać, a czekały jeszcze na niej niespodzianki jak to: ile szczytów ma ta góra?
Ścieżką wytyczoną przez jelenie (potem się o tym przekonaliśmy), zdobywaliśmy szczyty Kamiennika. Szczyty? Na pewno kiedyś były tutaj kopalnie czegoś. Każda pozostawiła spiczastą kopułę i któraś miała być tą najwyższą. Tą właściwą,wybrał za nas GPS.
https://przyrodniczo.pl/cenne-
No i znów nie dało się odpocząć na szczycie, bo skoro szczyt to zwiewało. Udało nam się odpocząć między dwiema “kopułami”. Janek liczył, że zdobył już 4 szczyty dzisiaj, co oznaczało, że mamy na liczniku już 947 zdobytych, taka bardzo górska, sudecka cyfra.
Gdy odpoczęliśmy trzeba było zejść. Ja poszedłem za jeleniami i okazało się, że jest tutaj całkiem ciekawa grań. Niestety nie czas był na jej zdobywanie, bo Janek jak to zwykle na zejściu bywa istotnie przyspieszył i trzeba było go gonić. To była dobra decyzja, bo inaczej niż Kamil, Janek lubi błądzić. Teraz też źle skręcił i musiał wracać.
Nie zmartwił się tym i dalej świetnie szedł przez śnieg. Przez cały dzień nie miał takiego drive’a, ale w końcu się zatrzymał. Najpierw pojawiły się ciemne łanie. Wyglądały niepozornie. To jednak już zahamowało Janka.
Poszliśmy ich śladami w dół i to było dobre rozwiązanie, ale na dole było całe stado jeleni i to już wyglądało mocno imponująco. Janek od Asi nie odchodził, a Kamil jeleniami się nie przejmował. On znów był pierwszy. Wyszliśmy z lasu i zaskoczenie: wiatr, śnieg i brak słońca. Jednak to nie zabrało nam radości, ba nawet co niektórzy jak to oni, zaczęli gonić w dół, bo Janki tak lubią przecież!
Dojście do auta było radością iście zimową. Żelazne Góry był odpowiednimi górami w odpowiednim czasie i zaskoczyły nas. Na wiosnę będziemy musieli tam wrócić jeszcze raz, tak myślę. Będą one zupełnie inne i na pewno cieplejsze, ale znów nie znajdziemy tam żadnego turysty, tak jak to było dzisiaj.


















































