Wokół Wielkiego Szyszaka w Karkonoszach
wrzesień 29, 2025 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
To był nasz pierwszy jesienny dzień w górach. Kamila nie było, zatem wybraliśmy szlak w Karkonoszach, który choć długi, był idealny dla nas i na nasze tempo. Kamil po pobycie w Górach Izerskich z Bonitum miał wolne od gór, a i my nie chcieliśmy biec za nim po prostu. Ciągle pamiętaliśmy Rysy w naszych nogach :)
https://www.zespoldowna.info/wielki-szyszak.html
Wybraliśmy za cel Wielki Szyszak w Karkonoszach. Chcieliśmy tak przejść, aby zrobić kółko wokół niego i jak będzie to dozwolone, to podejść do ruin historycznego monumentu, który zwiedzaliśmy już kiedyś z Guciem i jego Tatą. Dzień miał być fajny, słoneczny i ciepły. Wystartowaliśmy z Jagniątkowa, Koralową Ścieżką.
Janek już na starcie witał wszystkich wchodzących, zaczepiał, przestawiał się, co powodowało uśmiech u ludzi, których mimo wszystko mijaliśmy. Janek swoim stałym, dobrym krokiem szedł do przodu.
Fajnie się szło, ale lata to już nie było. Ludzie owszem zmęczeni podejściem, rozbierali się. My też, ale wystarczył kawałek szlaku “po płaskim” i stawało się zimno. Turyści zdziwili się, gdy my w bok na czarny szlak, a przecież jak rozmawialiśmy to wszyscy szli w tym samym kierunku. My wybraliśmy szlak na Czarny Kocioł…by popatrzeć na grzyby :) Tak nawet było ich kilka, tak pięknych jak ten czerwony.
Na Czarnym Kotle już nie było zmiłuj się. Wiało, było wilgotno, trzeba było dostosować się do jesieni w ubiorze…a chmury na grani jakoś nie zapowiadały, że będzie lepiej. Janek szedł zadowolony, bo mostki, bo wooolno i on mógł wytyczać drogę. Jakież było zaskoczenie, gdy turyści, którzy z nami szli wcześniej niebieskim szlakiem, zobaczyli nas wchodzących na szlak przed nimi. My wybraliśmy po prostu łatwiejszy wariant, niż oni :)…a potem tylko patrzyliśmy na Czarny Kocioł, jak w Tatrach Zachodnich, pod Salatynem!
Dojście do Czarnej Przełęczy uświadomiło nam, że chyba należy zmienić kierunek przejścia. Pan Jurek z Panią Adą, którzy z nami szli też stwierdzili, że nie są to najlepsze wiatry dla wędrowania. Janka pochwalili, a jak zobaczyli Koronę i Diadem to były słowa podziwu…bo zaczęło się od: “Dawaj Chłopie do góry, już niedaleko!” Pana Jurka. Jak Janek się pochwalił, gdzie to on nie był w górach i że tydzień temu był na Rysach, szacunek wzrósł. Postanowiliśmy iść najpierw do Martinovki schroniska w Czechach. Zakładaliśmy, że ten wiatr z zachodu lepiej jak wieje w plecy, a nie w twarz. To była dobra decyzja.
W Martinovce było już ciepło. Janek zjadł swoje śniadanie, miał świetny humor i mogliśmy trawersować grzbiet Wielkiego Szyszaka, osłonięci od wiatru.
Janek był w tym miejscu, ale o dziwo nie rozpoznawał żadnego szczytu, co w Tatrach jest stałym zajęciem. Na to wygląda, że musimy odświeżyć sobie znajomość miejsc w Karkonoszach. Widok na największy wodospad Karkonoszy o nazwie Wodospad Panczawy, spadający w dół z wielkiego płaskowyżu, czy też na Labske boudy, schronisko niczym wieżowiec, nasz cel, dodawał animuszu i w świetnych nastrojach przechodziliśmy grań kamienistym szlakiem.
Podchodzący turyści czescy powiedzieli jednak, że schronisko jest w remoncie i znów musieliśmy zmienić odrobinę naszą trasę. Weszliśmy od razu na żółty szlak na Czarcią Ambonę, znów świetnym, kamienistym, historycznym duktem.
Nawet nie wiadomo kiedy doszliśmy do Ambony. Zgodnie z planem, jak dmuchnęło w nas od zachodu, to … my byliśmy na to przygotowani i ubrani. To już były warunki w pełni jesienne, wietrzne i zimne. Wielki Szyszak był widoczny z daleka. Janek był zainteresowany oglądaniem Śnieżnych Stawków. Podchodził do tarasów i oglądał świat, który był jednak oświetlony słońcem. Tak to w górach jest.
Tym razem wejście na Wielki Szyszak było zamknięte. Musieliśmy kolejny raz zmienić nasze plany i biorąc pod uwagę wiatr, uciekać jak najszybciej w dół, popędzani jego podmuchami.
Wybraliśmy niebieski szlak. Po kilku krokach osłonięci od wiatru mogliśmy się zatrzymać.
Gdybym wiedział, że to tak świetne miejsce na spotkania z psami, to od razu byśmy tam poszli. Zaskoczył nas najpierw Fuji z Panem Dawidem. Świetny piesek, słuchający właściciela i nawet Janka. Po chwili witaliśmy się z labradorem, który chciał wylizać z radości Janka i Asię. To były fajne spotkania, pamiętając że jeszcze niedawno Janek bał się takich momentów.
Jednak chmury i brak turystów nie pozwalały na siedzenie bezczynnie. Stawało się późno i trzeba było się zbierać w dół do zielonego szlaku, by nim dojść do naszego niebieskiego pod Śmielcem.
Słoneczko świeciło przez chwilę i stało się bardzo ciepło. Janek uśmiechnięty gonił po mostkach sprawdzając gdzie idziemy, ale też witając się z każdym napotkanym turystą. Zejście nie było proste. Wszystkie kamienie były bardzo wilgotne, ale bez problemów doszliśmy do auta.
Żeby nie było, zrobiliśmy pajacyki i mogliśmy zakończyć naszą wędrówkę. Na to wygląda, że musimy wrócić na dłużej w Karkonosze.
















































