Dwa razy przez Sowią Kopę, aż na Czernik.
kwiecień 7, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Ja już szanuję małe góry. Chłopcy też. Wybraliśmy się tym razem na Sowią Kopę, górkę o wysokości 672 m npm będącą symbolem Stronia Śląskiego. To jest ostatnia góra wokół Stronia Śląskiego jakiej nie zdobyliśmy. Na zdjęciu jest ona tłem dla Stronia Śląskiego. Polecam byście oglądnęli katalog historyczny tej miejscowości. Warto!
https://stronie.pl/download/attachment/10180/kraina-marianny-oranskiej.pdf
https://pl.wikipedia.org/wiki/Sowia_Kopa_(G%C3%B3ry_Z%C5%82ote)
To był początek dla napisania żółtej karteczki szczytów do zdobycia dla Janka. Ostatnio działało to wspaniale i trzymaliśmy się tego podejścia. Zatem potem na liście Janka pojawiły się Mamczyna Góra, Kłóbka, Pustki i na końcu Czernik, najwyższy z nich. Nigdy tędy nie chodziliśmy, stąd mieliśmy być zaskoczeni. Byliśmy.
Pogoda choć zaskakująca nad Górami Złotymi, nie przeszkadzała. Była odpowiednia na takie wędrówki. Mieliśmy błądzić i szukać, więc podobało nam się. Trochę pojawienie się bocianów skomplikowało kalendarz w głowie Kamila. Na ten moment gdy upewnił się, że może mieć grubą koszulkę, problem minął.
Zaparkowaliśmy w Goszowie (często się pytacie o to, wiec podaję). Byliśmy od razu zaskoczeni przez Panią Dorotę mamę 20 letniego chłopaka z ZD i jej psa Choco, brązowego labradora. To był miły start, tym bardziej gdy Pani Dorota nas pochwaliła za cel jaki mieliśmy, czyli wejść na Sowią Kopę. Nie czuliśmy jeszcze z jakiego powodu. Okazało się, że zaparkowaliśmy obok szlaku numer 1, który miał być pomocny. Na dawnych mapach widniał on jako czerwony.
Pierwsze kroki i Kamil już chciał wracać. Coś stromo było.
Kolejne kroki, a tu grań, przepaści, skalna ściana jak na Zawracie w Tatrach, nie boję się tego porównać. Dobrze, że była tablica i dała nam odetchnąć. Zdobyliśmy Sowie Stopnie, bez względu co to oznaczało, musieliśmy nabrać tchu przed dalszym podejściem.
Jak myśleliśmy, że to koniec, pojawiła się ta ściana. Chłopcy na nią wspaniale weszli, a ja stwierdziłem, że to najtrudniejsza podejściowo ściana w tej części gór na pewno!
Skończyły się ściany, zdobyliśmy Sowią Kopę. Nie dziwi mnie, że nie ma na nią szlaku. Dziwi jednak, że nie ma tutaj tabliczki. Janek był zmartwiony, ale uratowała go żółta karteczka i mapa. Przebolał temat i już był gotowy iść dalej. Kamil o dziwo kilkakrotnie wskazał, że nie wraca i był gotowy by zdobyć kolejny szczyt.
Na tego typu wyprawach jedno się sprawdza: roboty leśne. Są one precyzyjnym wskazaniem, gdzie iść. Kamil się nawet nie pytał. Janek ostrożnie na końcu szedł za nami. Ja jednak miałem dość moich Chłopców. Nazwać, że gadali to mało. Obydwaj zagłuszali siebie i wszystko w okolicy. Mój mózg zaczął pulsować…a dopiero zaczęliśmy naszą wyprawę. Ucieszyło mnie to, że jeden był z przodu i wiedział gdzie iść, a drugi szedł za nami z karteczką czytając po kolei szczyty.
Nie udało się znaleźć drogi, gdyż takiej ani na mapach ani w “realu” nie było. Kamil jednak miał takiego nosa do ścieżek, że wyprowadził nas do kolejnego szczytu Mamczynej Góry. Najpierw były dwa skalne pagórki, a potem skały i poskręcane buki. Chłopakom się spodobało, ale nie chcieli odpoczywać. Janek miał swój plan, po tym jak na samym początku “spłukał” nas deszczyk. Mieliśmy iść dalej.
Znów było zejście na skróty, znów jak z Sowiej Kopy. Na Kłóbki prowadziła jednak ścieżka. Trzymaliśmy się jej kurczowo i trafiliśmy na grań skalną.
Kłóbki tak jak Sowia Kopa okazała się “wielką skałą”, którą z dużą przyjemnością trawersował Janek, szybko obchodził Kamil. Janek zaordynował, że odpoczywamy, tak mu się podobało to miejsce, dodatku pełne słońca.
Pod tą wielką skałą z pięknym słońcem, jadło nam się wspaniale śniadanie. Janek wypatrzył biedronkę, a Kamil przypomniał sobie, że widział bociana, a on w długim rękawku. Jeszcze ta biedronka. Wątpliwości jakie miał, pogłębiło jeszcze słońce, które nagle się schowało…a przeżyliśmy już jeden deszczyk.
Janek zaordynował: “Pustki” i trzeba było je znaleźć. Schodząc ze szczytu, mając takie widoki i mapę przed sobą, mimo wszystko ich nie było. Znów mieliśmy szukać ścieżki.
Doszliśmy do Karpna, leśniczówki. Janek zobaczył ścieżkę w bok i zaordynował wejście na Pustki tym wariantem. Kamil szedł pierwszy ciągle gadając i powtarzając to samo. Zdziwił się widząc przed sobą górkę bez wejścia. My też. W Kamila w takich sytuacjach warto wierzyć. Znalazł jakąś ścieżynkę i dał rady wejść. Janek trochę niepewnie poszedł za nim. To była mocna wyrypa do góry, ale udało się.
Nagle Janek zaczął krzyczeć jakby znalazł przynajmniej dwa szczyty. Te wielkie skupisko kamieni, potwierdzało, że tutaj byli żyli ludzie, ale co to było, nie umiałem Jankowi wytłumaczyć. Jedno było pewne, takich “ścian” było kilka.
Nie mogliśmy znaleźć szczytu, który okazał się być tuż za siatką. To co nas zaintrygowało, to biegające po naszej ścieżce łanie, które tak wystraszyły Kamila, że ja musiałem iść pierwszy. Przeszliśmy przez piękny modrzewiowy las, potem przez kolejne roboty leśne i znaleźliśmy się na skrzyżowaniu ścieżek.
Często mnie pytacie jak to u nas wygląda, że Kamil wie kiedy się zatrzymać. Tutaj udało się to uchwycić. Goniący do przodu Kamil nagle się zatrzymał mając trzy ścieżki do wyboru. W takiej sytuacji on czeka, ogląda, proponuje, a my musimy podjąć decyzję. Janek zauważył zielony nasz szlak na Czernik i wszystko stało się jasne…czyli Kamil zniknął na podejściu gdzieś w górze, gdy Janek człapał na dole z karteczką wciąż powtarzając nazwę ostatniego naszego szczytu do zdobycia: Czernik.
Po co wchodzić na Czernik? Można ze względu na te widoki, były wspaniałe, choć las po polskiej stronie był ciemny i złowieszczy. Po czeskiej stronie było inaczej.
Zdobyliśmy Czernik nasz szczyt numer 1 008!
Było odpoczywanie. Janek to gadał, to jadł, ale wciąż przypominał, że widział śnieg, a przecież padał tez deszcz. Kamil odpoczywał i po raz pierwszy nic nie mówił. Było na wpół cicho. Przyjemnie. Jednak kropla spadła nam z nieba. Trzeba było uciekać, tym razem już lepszymi drogami.
Kamil tak uciekał, że jednak minął nasze zejście do Karpna. Był zdziwiony. My też. Jak zeszliśmy to jednak była radość, bo droga była łatwa i niebieski szlak. Janek zaordynował pajacyki. Potrenował przez chwilę na “sucho” sam i potem już był pokaz. Udało się!
Szliśmy w kierunku Stójkowa. Pojawili się turyści z Czech i Janek z Panią Ewą wymienił się życzeniami. Jak wyszliśmy z lasu, Janek stwierdził, że byliśmy, Kamil też i ja miałem odgadnąć co to za góra.
Kuźnicza Góra i Kuźnicze Góry pojawiły się przed nami. Chłopcy to od razu wyłapali. Ja nie, ale fajnie się szło, jak Janek pokazywał szczyty po drugiej stronie i mówił: “Byłeś!”
https://www.zespoldowna.info/krowiarki-cz-7-przez-kuznicze-gory-na-siniaka.html
To co łatwe i przyjemne nie trwa wiecznie. By dojść do auta musieliśmy jeszcze raz wejść na Sowią Kopę. To była masakra. Nogi zmęczone, po prawej stronie niemalże przepaść i tylko my w liściach po łydki. Czy tutaj nikt nie chodzi?
Kamil miał już dość i zamilkł. Janek nie gadał od momentu, gdy zobaczył, że trzeba podejść i jest to Sowia Kopa. Mnie nogi tez bolały, ale pamiętałem jak się mocowaliśmy z tą górą na podejściu, teraz mieliśmy zejść.
Chłopcy byli fenomenalni. Jak profesjonaliści, zygzakami schodziliśmy w dół, naszą ścieżką. Jak zeszliśmy mi drżały uda. W Sudetach nie ma takich nachyleń i podejść na tak krótkim odcinku. Porównałbym to do Waligóry, żółtym szlakiem, ale tam są korzenie, zygzaki, ścieżka…a tutaj nic.
Oj gdyby nie deszcz, który już nas łapał na szczycie (tak samo jak rano), to podejrzewam nie weszlibyśmy do auta ze zmęczenia. Ucieczka przed deszczem wymusiła jednak szybkie działanie. Kamil był milczący, Janek upewnił się, że będzie obiad i wszyscy odpoczywaliśmy. Ta góra dała nam popalić i dziwne, że ludzie na nią nie chodzą. To był naprawdę kawał fajnej przygody dla nas. Znów małe góry pokazały swój charakter by stać się “WIELKIMI”…bo chłopcy milczeli aż do obiadu.















































































