Krowiarki cz.5 na Suchoń
styczeń 12, 2026 by Jarek
Kategoria: Korona i Diadem
U nas zaczęła się “odwilż”. Te -14C tutaj na “Alasce” to idealna pogoda, by wystartować w góry na skróty, by się rozgrzać. :)
Plany były ambitne od rana, choć bez Asi, ale to miały być znów skróty przez Krowiarki. Zapowiadano śnieg i mróz. Z tego jedno się sprawdziło do końca: “Alaska”, czyli survival zimowy przez Krowiarki :) Gdzie jest nasza Alaska? Konradów to jej serce, a nad nią z jednej strony jest Wapnisko na którym byliśmy, a po drugiej Skowronia Góra, ją też zdobyliśmy. Tam chcieliśmy wrócić by dokończyć nasz najfajniejszy sudecki szlak przez ruiny zaginionych wiosek.
https://www.zespoldowna.info/krowiarki-cz-4-przez-modrzence-zabnice-na-skowronia-gore.html
Zaczęliśmy ciekawie, przez mostek nad Konradką. Nie była to zwykła kładka, więc sprawiła odrobinę problemów. Potem jednak było “chodzenie po śladzie” do Czatkowa, czyli jednego domu zamieszkanego i kilku ruin po drodze. No właśnie. Zima to jedyny moment, kiedy przez te łąki można przejść. Dzisiaj obok ruin to pastwiska dla bydła mięsnego, a warto to zobaczyć. Janek nawet nauczył się: “Tato ruiny”, a takie były już na samym początku i wyglądały jak stary młyn. Jak gęsto zabudowane były te regiony świetnie pokazuje ta mapa, którą odnalazłem na tej stronie:
https://polska-org.pl/3826163,
Widać na niej, jak wspaniałe to były miejsca i jak tętniły życiem, a dzisiaj…”Tato ruiny” Jaśka pojawiały się co chwile. Jednak podejście tak zaangażowało chłopców, że to były tylko przerywniki na odpoczynek. Śniegu więcej, stromości więcej, wymagało to wszystko dużo więcej od chłopców niż ostatnim razem, zatem wchodziliśmy na inny poziom, najwyższy tym razem…nie zapominając o “Alasce”. Słońce wychodziło zza chmur i to było przyjemne.
Kamil prowadził i trałował przejście. Przy tym dużo gadał. Problem jednego rodzica na szlaku to “hałas”, jaki dzieci generują. Jak jeden gada, to drugi odpoczywa. Jak ten pierwszy skończy, to ten drugi się włącza. Wszystko kierunkowane w jedną stronę! Kamil dyszał w śniegu, ale potwierdzał cały plan, kalendarz na najbliższy…rok. Jak zdyszany hamował, Janek pytał się o ruiny, śpiewał kolędy i pytał się, co będziemy jeść. W ten sposób dotarliśmy do jedynego domu jaki został z Czatkowa. Sprytnie minęliśmy go wchodząc na “wolne pastwisko” bez ogrodzeń. Jednak śniegu Jankowi było już prawie pod kolana i gdyby nie ciężka praca Kamila nie byłoby łatwo iść dalej. Najważniejsze, że Jankowi włączył się Suchoń, jako nasz pierwszy cel.
Nachylenie stoku, tak bym to nazwał, do slalomu się nadawało. Znaleźliśmy ślady jeleni i zgodnie z ostatnią tradycją szliśmy za nimi. Kamil gadał i trałował, był świetny! Janek tym razem nie miał wsparci Asi i musiał nadążyć sam. Najgorsze były nawiewy śniegu, tam musiał przejść za nami i pomimo naszego podwójnego “trału”, mając po kolana śnieg. Walczył dzielnie, bo na górze będzie Marcinków. Zaskoczył mnie że pamiętał. Jeszcze bardziej pytaniem: “A gdzie są krowy?” W Marcinkowie były. Pojawił się tutaj strach. Kamil czegoś takiego nie ma. Poszedł za śladami jeleni, skoro miał iść i wpadł w zaspę ponad jego kolana. Wydobył się i poszedł dalej.
Kolejne ruiny i to wielkie. Janek z pytaniem do Kamila: “Co to jest?”, a ten spokojnie “Dom”. To była bardzo ciekawa komunikacja między braćmi. Jednak obydwaj byli już zmęczeni. Na szczęście Marcinków był tuż przed nami i Skowronia Góra. Janek wrócił do krów: “Gdzie są krowy?”. Na szczęście ich nie było, ale potrafię sobie wyobrazić to, że latem tędy to my na pewno nie przeszlibyśmy z tego powodu.
Pojawił się Suchoń. Janek już wyliczał, co będzie dalej…Pasiecznik, Wilczyniec. Było małe, ale to podejście zabrało nam o godzinę więcej, niż się spodziewaliśmy. Na szczęście rozważania co potem, zostały przerwane przez Pana Gospodarza, bardzo miłego z Marcinkowa, który mijał nas traktorem i bardzo ciepło pozdrowił. Po chwili stanęliśmy obok wolno sunącego stada krów. Janek zamarł, Kamil jakby nie widział, szedł.
Iść, czy nie? Oto było pytanie. Janek jakby mógł, to odfrunąłby natychmiast z tego miejsca, a my przecież mieliśmy ten kawałek żółtego szlaku przejść, by trafić na Suchoń. Na szczęście pojawił się Pan Gospodarz, który wiózł z uśmiechem bele siana. Krzyczał z daleka: “Nie bójcie się, idźcie, one czekają na siano!” I tak było. Krowy nas zlekceważyły, a my mogliśmy iść na Suchoń na skróty.
Janek musiał walczyć ze śniegiem, choć my z Kamilem zrobiliśmy już ślad. Było ciepło, bezwietrznie i miło. Kamil gadał, gadał i gadał o rękawiczkach, bo górskich zapomniał i musiał iść w podwójnych, o tym, że będzie pranie w poniedziałek. Janek o dziwo całkiem szybko dotarł do nas. Powód był jeden: “Tato, kiedy jemy?” Zamiast niecałe 2h, szliśmy już 3 godziny i syn miał prawo być głodny, tym bardziej, że miał jego nagrodę w nowym niebieskim plecaku :)
Jeleni było sporo, nawet uciekały widząc nas. Niestety nie powiedziały nam, że im wyżej tym gorzej z pogodą. Na podejściu rajskie słońce, a na szczycie zamieć śnieżna. Zrobiliśmy zdjęcie i w dół do raju.
…który na nas czekał. Usiedliśmy na leśnej ławeczce w słoneczku, bez wiatru i sięgnęliśmy po nasze nagrody. Jakżeż inaczej niż na Suchoniu, na którym już kiedyś byliśmy. Było to nasze drugie wejście.
https://www.zespoldowna.info/suchon-i-ostra-gora.html
“Tato ząb!” nagle krzyknął Janek. “Złamałeś?” od razu padło ode mnie. Janek trzymał się za buzię. Ja od razu zaglądam mu a tam nic. “Janek gdzie ten złamany ząb?” zapytałem. Janek pokazał na croissant’a. W warunkach “alaskańskich” nagroda zamarzła na amen. To był problem! Ja już nie próbowałem swojej nagrody. Wystarczyło dotknięcie i wiedziałem, że konsystencja jak z zamrażarki. Ja nie odważyłem się.
Trwało trochę rozmrażanie nagrody, ale udało się. Po śniadaniu zjedzonym po 13:00 :), postanowiliśmy iść na skróty tak, aby dojść do auta. Kolejne szczyty musieliśmy zostawić sobie na lepsze czasy. Doszliśmy do single tracka, zakładając, że przy takiej ilości śniegu nikt rowerem nie będzie nim jechał. Była narada z Jankiem jak pójść, patrząc na mapę. Jednak jak zawsze w takiej sytuacji, drogę wybrał Kamil. To było spadanie!
Kamil szedł za jeleniami jak zwykle. Skoro raz można, to dlaczego nie drugi. Tylko tym razem zejście do strumienia Konradki było ostrym zjazdem na tyłku. Było ostro! Na samym końcu Janek odkrył, że lepiej mu z jednym kijkiem i uśmiechnięty bawił się w sapera, czyli czy pod śniegiem jest woda, czy też nie?
W końcu dotarliśmy do pasiecznika, który zaopatrywany był przez leśniczego, a to oznaczało dla nas łatwiejszą drogę. Jakżeż się zdziwiliśmy widząc wapiennik przy kamieniołomach marmuru na Wapnisku. Musiało być zdjęcie dla mamy przecież. A potem zaczęła się “autostrada” gdyż ktoś odśnieżył drogę, tak że do “Alaski” dotarliśmy na luzie.
Jak podsumować tą wyprawę? Chłopcy wstali z uśmiechami bez głupich pomysłów. Są spokojni, cisi, opowiadają o wyprawie, co widzieli. U Janka ruiny, krowy zostają wpisane w pamięć na stałe jak widzę, co oznacza rozwój. Kamil planuje już wyprawę w sobotę zaznaczając na kalendarzu, co on będzie robił. Na to wygląda, że była to wyprawa ciekawa, choć trudna. Dla mnie, uzupełnienie na pewno najfajniejszego szlaku Sudetów, który prowadzi graniówką Krowiarek aż po Suchoń. Warto tam być i warto zobaczyć to wszystko co nam się udało zobaczyć. Polecam.








































