Mój Bohater, zdobywca Kopy Kondrackiej.
marzec 16, 2026 by Jarek
Kategoria: Korona i Diadem
To był Asi pomysł. Zdobywaliśmy do tej pory z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa Ciemniaka, Krzesanicę i Małołączniak. Kopa Kondracka należąca do Czerwonych Wierchów niestety nie została przez nas odwiedzona z tej okazji. Najniższy szczyt leżący najbardziej na wschód, jakoś był przez nas ominięty w naszych wyprawach z okazji WDSD i nie wiedzieć dlaczego.
https://www.zespoldowna.info/ciemniak-zima-nasz-swiatowy-dzien-zespolu-downa-2023.html
Cel już mieliśmy. Teraz wymagana była pogoda. Wiało w Tatrach i nie było przyjemnie. Czekaliśmy na ten dzień. W końcu nadszedł. Okienko pogodowe, pusto w Kuźnicach i my jedyni na szlaku po pierwszej atrakcji: busik był!
Druga, być może wątpliwa, atrakcja: lód! Janek który ciągle mówił raki nie, jakoś bez problemu ubrał raki, jak tylko na wejściu do TPN zakupił kolejny magnes do kolekcji. Kamil jak zwykle czuł się tutaj jak w domu. Choć nie umie powiedzieć gdzie idzie, on świetnie wie gdzie ma iść. Szedł daleko przed nami i jak zwykle, gdzieś tam czekał siedząc na kamieniu.
Jednak nie podobało mu się to, że idzie. Wiatr wiał, a to jego niszczy…lód nie stanowił problemu żadnego.
W końcu doszliśmy do Schroniska na Hali Kondratowej. Nasz cel w pięknym słońcu widniał na końcu. Kamil jeszcze raz wskazał na Przełęcz pod Kopą Kondracką i zdecydowanie mówił:”Tam nie!”. Janek popatrzył na mapę i stwierdził, że zielonym do góry i szedł. Przed nami były tylko 4 osoby.
Im byliśmy bliżej, tym bardziej imponowała ściana podejścia, zielonym szlakiem, ale i przeszkadzał wiatr, który zdmuchiwał z góry mokry śnieg. W końcu “zielony” zniknął jak to określił Janek. Kompletnie zawiany i nie było śladów przecież. Janek jednak świetnie umie wykorzystać wszystkie argumenty w terenie. Skoro ktoś szedł przed nami i robił ślady, to dlaczego mamy iść inaczej. To był racjonalny argument przy tym wietrze.
Ja się nie spodziewałem, że ilość śladów, także narciarskich, wymusi na nas poszukiwanie optymalnego przejścia za pomocą GPS-a. Janek był już tak “dostrojony” do mapy, że wypatrywał zaznaczonego na niej kamienia, tuż przy szlaku. Był poirytowany, bo nie było go widać, a przecież on szedł. Wiatr jednak narastał i podsypywał śniegu tak, że wszystko wyglądało tak samo zasypane.
Dotarliśmy pod podejście. Postanowiliśmy iść jednak nie z GPS-em a po prostu śladami kogoś kto szedł przed nami. Jankowi to wychodziło zdecydowanie lepiej. Każdy krok obok powodował, że zapadaliśmy się w śnieg i kosówki nim przykryte. Ślady nas kierowały co raz bardziej w kierunku Długiego Żlebu Kondratowego i grzebieni jakie go ograniczały. Pogoda się niestety pogarszała. Słońca ubywało. Janek zrekompensowal sobie to, zabierając mój kijek.
Gdy po raz pierwszy szliśmy tym szlakiem, jego łatwością, były zygzaki, które zdecydowały niwelowały pokonywaną wysokość. Normalnie jest to 600 m przejścia, gdzie pokonuje się ponad 230 m przewyższenia.
https://www.zespoldowna.info/goryczkowa-czuba.html

Tym razem Janek kierował nas prosto do góry. Na zdjęciu powyżej widać po prawej stronie jasny, śniegowy pas, równolegle do którego Janek kierował się…śladami. Byłem zaskoczony. Janek zaczął się śmiać. Podchodził, odpoczywał i dalej szedł…jak w Himalajach, tylko że ze śmiechem. Jeszcze w grudniu, Janek wyraźnie nie miał kondycji. Jeszcze w lecie bał się wiatru. Tutaj to on szedł pierwszy, to on nadawał tempo i się śmiał. Pani Agata, która szła za nami od dłuższego czasu była pełna podziwu. Widać po Janku, że ma zespół Downa, ale on był tak samo silny, jak i ona, miał tyle samo chęci osiągnięcia celu jak ona. Pani Agata po raz pierwszy powiedziała do Janka: “Jesteś Bohaterem!” Ona to rozumiała chodząc po górach już prawie 40 lat, jak góry są wymagające.
Gdy doszliśmy do grani, dowiedzieliśmy się od Pani Agaty, że przeszliśmy zimowym wariantem po grzebieniach i ona jest wykończona. Janek z uśmiechem oddał mi kijki, wziął swoje i bez odpoczynku poszedł dalej. Taki jest Janek i nic mu tam, że wyszliśmy prawie w połowie drogi między przełęczą a szczytem. Kopa była tuż przed nami.
Wiatr wiał już ponad 30 km/h. Podmuchy były bardzo silne. Janek? Nic tam na wiatr.”Tato hamujemy muszę się zapiąć!” to było co usłyszałem na temat wiatru od Janka tym razem. Zobaczył parę turystów i stwierdził, że on ich dopędzi. Szybko się zatrzymał. jak to Janek, popatrzył, zaczął podziwiać i nic tam że wiało. Słychać było tylko tak:”Byłeś, byłeś, byłeś!” Na to wyglądało, że już Janek wszędzie był :)
Na górze spotkaliśmy dwóch Panów: Karola i Mariusza. Poprosiliśmy ich o zrobienie nam zdjęcia z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa. Jak zobaczyli naszą kartkę, jak usłyszeli, gdzie Janek już był, to bardzo poprosili o wspólne zdjęcie z Jankiem. To było niezwykłe usłyszeć, że “Janek zrobił nam dzień!” od ludzi jeżdżących po górach na nartach, spotykający wielu w górach, a mówiących o moim synu: BOHATER.
https://www.zespoldowna.info/swiatowy-dzien-zespolu-downa-2026-dzien-mojego-bohatera.html
A Janek? “Tato chodź idziemy dalej!” Panowie popatrzyli na mnie, widać było że jestem zmęczony, ale mój syn nie. “Tato chodź tam na Giewont, tam nie wieje!” padło…choć zazwyczaj to ja rzucam takie argumenty. Mój syn miał więcej sił, więcej uśmiechu niż ja. Zostało mi człapanie za nim, miał rację za Kopą już nie wiało.
Mój BOHATER pogonił w dół. Jeszcze pokazał, że tam jest Małołączniak i “byłeś”, a tam przed nami Giewont.
Spadanie w dół, było błyskawiczne. Janek stwierdził, że jest fajnie i widać kozice. Pani Kasia z Panem Grzegorzem podeszli do nas i złożyli nam gratulacje. Szli za nami naszym śladem i jak zobaczyli Janka, to koniecznie chcieli pogratulować. Po chwili grupa Pań, też potwierdziła, że szła naszym śladem. Janek oczywiście uprzejmie, szybko podziękował za dobre słowa, tym bardziej że Pani Agata machała do nas z góry i on też chciał pomachać.
Giewont był już blisko. Wyżnia Kondracka Przełęcz jeszcze bliżej. Miało być nam łatwiej zejść niż zielonym szlakiem, którym mieliśmy przecież wejść…a nie weszliśmy.
Janek oddał kije. “Tato łatwo!” Zatem robiliśmy zygzaki w dół, tutaj się dało. Wiatru nie było, śniegu niezbyt dużo. Janek nawet już na końcu pod schroniskiem testował zjazd na tyłku. Na szczęście to był jeden jedyny raz. Mijała nas para, której śladami podchodziliśmy my na Kopę. Pan i Pani pogratulowali Jankowi wysiłku, a ten nieco skromnie: “Nie było ciężko!”
Szczęśliwie dotarliśmy do Asi i Kamila. Zejście do Kuźnic było już fajna przygodą. Asia mogła usłyszeć jak mijający nas ludzie postrzegają to, co Janek osiągnął tego dnia. Było to fajne i motywujące, by osiągnać więcej. Nagroda musiała być. Na koniec skorzystaliśmy z elektrycznego autobusu, dla naszych chłopców niezwykłe wydarzenie. Bardzo się podobało, było to absolutną nowością.
















































