Na Czoło przez Głaśnicę, a potem na Grabowiec przez Strzelczyk i Strzelca.
luty 16, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
“Jarek gdzie jedziemy? Ja chciałabym w Karkonosze, ale tam gdzie jeszcze nie byliśmy?!” Gdzie my nie byliśmy w Karkonoszach, to było bardzo trudne pytanie. W zimie, na wiosnę, w lecie i na jesieni to nasze góry, które przeszliśmy nawet poza szlakami. Asia chciała to szukałem góry, której nazwa mi nie utkwiła w głowie. Tam znalazłem Głaśnicę nad Miłkowem, a potem okazało się, że nie byliśmy też na Czole, którego nazwa choć znajoma, to jednak to nie było to Czoło :).
Tym tropem natrafiliśmy na pojęcie geograficzne Pogórze Karkonoskie i wszystko potem było jasne, gdzie pójść i dlaczego. Przynajmniej na mapie. Mieliśmy przejść trochę ponad 12 km, spacerową trasą po miejscach nam nieznanych, przez 5 szczytów. Miało to nam dać nowy licznik górski na poziomie 972 zdobyte szczyty.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pog%C3%B3rze_Karkonoskie
No i najważniejsze. To były Karkonosze…no prawie.
Zaparkowaliśmy w Miłkowie przy boisku i Ławce Laboranta. Uśmiechy były szerokie, mimo tego że pogoda była mglista, wilgotna i po prostu zimna. Gór to my z Miłkowa nie widzieliśmy, choć jak się później okazało, tam widoki są niezłe. Cóż nie dla nas i nie tym razem.
https://milkow.fotoport.pl/gra
Może gdybyśmy zobaczyli najpierw to co pokazuje internet, to jednak przesunęlibyśmy wyjazd tutaj na inny termin, by zobaczyć to co piękne i tajemnicze. A tak po prostu poszliśmy z deszczem “na głowie” drogą, która nie zapowiadała tylu ciekawych miejsc.
Nie można jednak narzekać na pogodę. Była idealna do wędrowania. Owszem deszcz zamieniał się w śnieg i lód,im wyżej byliśmy, ale szybko się rozgrzewaliśmy. Podejście jak na “małe górki”, jak zawsze wybitne. To był jednak początek, gdzie trochę testowaliśmy Główny Szlak Sudecki. Nasz pierwszy szczyt, Głaśnica, jednak był już poza nim. Stanęliśmy na końcu ścieżki i trzeba było znaleźć pierwszy skrót tego dnia. Okazało się, że ścieżynka na szczyt jest i to przy tym “krążowniku” ze skał. Wyglądały jak statek, który pilnuje wejścia, a ono było tuż obok “trójkąta”. Podeszliśmy do końca ścieżki, szczyt wydawał się niepozorny…
…dopóki nie popatrzyliśmy na niego z drugiej strony. Tam wielkie rumowisko skalne, bloki, wieże, jak w Karkonoszach :) Zrobiły wrażenie!
https://www.zespoldowna.info/szwedzkie-skaly-ptasiaksucha-gora.html
Nie wiedzieliśmy, że właśnie wkraczamy w krainę wielkich skał, która nas kompletnie zaskoczy. Schodząc z Głaśnicy, zauważyliśmy nie jedną, a wiele skał. Ponoć widać z niej też główny grzbiet Karkonoszy…ale nie tym razem. Asia jeszcze skręciła, podczas skrótu, by zobaczyć ruiny dawnego schroniska i prewentorium, ale trzeba było gonić Kamila.
https://polska-org.pl/8776868,
https://fotoport.pl/bergfriede
Kamil nie był zainteresowany skałami, ani ruinami, tajemniczymi skądinąd. Janek bardziej. Kamil gonił do przodu, Janek o dziwo też. Tempo mieliśmy bardzo dobre. Janek jak zwykle postanowił powtórzyć nazwy wszystkich szczytów. Wszystkie opanował oprócz tego który miał być ostatni. Był wszystkim tylko nie Grabowcem. Nagle podczas tej dyskusji pojawił się “Kamil-Duch” na tle jakiegoś “kościoła”. Podeszliśmy bliżej i Janek już wiedział z mapy, że doszliśmy do Patelni. Z niej jest świetny widok …ale nie tym razem.
Nauczeni przykładem Głaśnicy postanowiliśmy popatrzeć na Patelnię z drugiej strony skoro wejście na nią było bardzo trudne ze względu na lód. Było na co popatrzeć!
Nie było wyjścia, był to czas na odpoczynek. Tak nam się szybko i dobrze szło, że jak już się zatrzymaliśmy to musieliśmy popatrzeć na to co było wokół nas. Janek powtarzał, że był na Patelni i będzie wchodził na Czoło. Brzmiało to trochę nietypowo :)
To nie był koniec skał. Po drodze minęliśmy Ostrą Skałę, która też jak Patelnia, wyznaczała trawers Grabowca. My jednak w chmurze weszliśmy na bardzo “podhalańską” polanę, oczywiście we mgle i lodzie. Humory dopisywały. Biliśmy “czołem” w chmurę by dojść do Czoła i to się podobało. Tym razem skręciliśmy w żółty szlak, bo Janek jeszcze takim nie szedł…tego dnia.
Pojawił się porzucony zabytek z 1883 roku, jakiś słup graniczny, a potem były już skały. Kamil jednoznacznie miał już dość, zaczął gadać bez chwili, oznaczało to, że spacerek nie był tak oczywistym spacerkiem na jaki wyglądał, a te skróty…
Z zaskoczenia, przez skały weszliśmy na Czoło. Miał tam być piękny widok…byliśmy szczęśliwi, że znów będziemy mogli odpocząć.
Kamil był wyraźnie zmęczony. Marznący deszcz nie pomagał. Gadał bez końca i wciąż to samo, kalendarz i jeszcze raz kalendarz. Dzięki temu czuł się bezpieczniej, ale też wyrażał swoje zaniepokojenie. “Tam nie!” wskazywał na ścieżkę którą podchodziliśmy. Lepiej mu było zaakceptować ścieżkę, którą się schodziło. Czekał nas skrót na Strzelczyka.
Te wszystkie góry nie wyglądają na trudne, jak się po nich nie chodzi. Te zejścia i wejścia, trenują wytrzymałość jak Góry Suche. Jankowi świetnie wszedł Strzelczyk i Strzelec w pamięć, zatem na mapie były łatwe do znalezienia. Jeszcze łatwiejsze do zdobycia.
Strzelczyk był łatwy. Strzelec był łatwy…jak szło się grzbietem. Jak zrobiliśmy zdjęcie zazwyczaj stawały się trudniejsze. Dla Janka to już nie miało znaczenia, gdyż on zdobywał już Grabowiec, oczywiście nazywając go w taki sposób, że nikt nie wiedział o który szczyt chodzi. Taki jest Janek.
Nie wiedzieliśmy czy radość ze zdobycia Strzelca była oznaką tego wydarzenia, czy tez jednak uwolnieniem się, by móc iść na Gra…wiec. Był uśmiech u Janka, u Kamil “Tam nie” i palec pokazujący na drogę, którą przyszliśmy.
Zejście ze Strzelca było ostre. Jakoś nie zwracaliśmy na to uwagi. W końcu każdy szczyt jaki do tej pory zdobyliśmy miał ostre zejście i dużą ilość skał. Kamilowi się nawet to spodobało, gdyż w końcu weszliśmy na jakąś drogę leśną i mógł pokazać, jak szybko on lubi wracać do auta. Nie szło go dogonić. Nawet jak w końcu doszliśmy do Przełączki pod Grabowcem, naszej polany początkującej kolejne skróty, to się nie zatrzymywał. Jednak jak doszliśmy do naszego wejścia, skrótem na Grabowiec, to odmówił. Teraz wiem, że on wiedział co nas czeka.
Było porządne podejście. Były skały. Kamil dał się przekonać i nawet pogonił do góry, a Janek powtarzał GRABOWIEC. I wszystko wydawało się być perfekcyjne.
Na szczycie była tabliczka. Były wspaniałe skały i trzeba było z niego zejść. Nawet był ślad motorowy, znaczy się ktoś tutaj jechał. Potem stwierdziliśmy, że ktoś rozjeżdżając górę, testował kiedy się mocno potłucze. Zejście było ostre, solidne, aż Kamil domagał się kijków…to nie było typowe dla niego.
Janek jak to Janek, wykorzystał Asię i było po zawodach. Grabowiec został w naszych głowach jako kawał góry. Janek już umiał powtórzyć nazwę…choć obiad wydawał się być krytyczny w tym momencie. Góry dały popalić i głód doskwierał. Kamil zapomniał o górach, wspominał pokazując do tyłu, że góry nie, ale najważniejszy był obiad.
Na koniec jeszcze chmury nam trochę świata odsłoniły, ale te 13 km dały się w znaki wszystkim. Byliśmy zmęczeni. Pogórze Karkonoskie nie dało nam forów, ale dzięki tym wszystkim skałom, ruinom, polankom było to najszybsze przejście w mojej głowie z tych ostatnich. Kto wie czy tutaj nie trzeba będzie wrócić kiedy będzie pięknie.
Po co? Można te góry przejść skrótami, leśnymi ścieżkami, bo gdzie leśniczy drewno ścina są skróty po prostu. Można oddać się zwiedzaniu ruin, skał i oglądaniu wysokich gór…jak jest pogoda. Dla mnie idealne góry na start, ale trzeba uważać, bo można się zmęczyć :)












































































