Na Gładką Przełęcz i Zawory
sierpień 11, 2025 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Tam nas jeszcze nie było. Długi, bardzo długi szlak do tej pory nas odstraszał. Może nie jest jakoś trudny, ale odległość była dla nas przeszkodą. W końcu podjęliśmy decyzję, że tam idziemy. Parking pod Krywaniem, od rana zawsze zapełniony, był w słońcu, gdy nad Krywaniem były ciężkie chmury. Wszyscy turyści szli na Krywań, my w inną stronę niebieskim szlakiem.
Początek szlaku kamienisty, ale z widokiem na Krywań, narodową górę Słowaków. Wydawało się, że szliśmy wokół niej, sami na tej drodze. Zaskoczenie? Nie. Tutaj nie przychodzą tłumy i tak zastanawialiśmy się ilu turystów spotkamy tego dnia.
Nad Krywaniem było już prawie burzowo, a u nas Kamil zniknął, czując szlak jak swój własny, Janek świetnie gonił go do przodu….tylko dlaczego w dół i to mocno!
Zaskoczenie rozproszyły muchomory. Piękne, wielkie…a Janek szukał borowika i jakoś nie mógł znaleźć. W końcu zeszliśmy w dół do Koprowej Doliny, a tam asfalcik, stary pokruszony ale asfalcik….i nie jak na Morskie Oko, bo nikogo na nim, tylko Kamil z przodu udający maratończyka. Zakładaliśmy, że gdzieś na nas poczeka, bo biec za nim nie było szans. Nawet Janek świetnie idący, nie miał tutaj, żadnych możliwości, by doczłapać do niego.
To był niesamowity widok pomimo asflaciku. Po lewej stronie ściany Liptowskich Kop, może nie wysokich, ale z tej perspektywy potężnych. Po drugiej stronie wciąż Krywań, który kompletnie inaczej wyglądał z tą jego skalistą granią. Już za nią wyłaniała się grań Hrubego, dalej grań Koprowego Wierchu. Wielkie, masywne, skaliste szczyty, zupełnie inne niż te po lewej stronie.
Asfalcik towarzyszył nam przez…chyba 2 km, potem spotkaliśmy pierwszych turystów (3 osoby), które minęły nas na kamienistej drodze, a po chwili rodzina rowerzystów (kolejne 3 osoby+dzidziuś). Po kolejnym, chyba kilometrze, znów zmienił się typ nawierzchni na typowo górski, kamienisty, a potem znów na jeszcze inny. Zatem działo się, ale szło się bardzo szybko.
Janek był zainteresowany, sprawdzał gdzie nasz cel. Kamil tak szybko szedł, że spotykaliśmy się przeważnie na skrzyżowaniach szlaków, przy słupkach informacyjnych. W ten sposób dotarliśmy od naszego zejścia z niebieskiego szlaku w kierunku Zaworów. Już nam się podobało, im wyżej tym bardziej, ale najlepsze było przed nami.
Doszliśmy do kolejnego skrzyżowania szlaków. To miejsce było magiczne z kolosami nad nami i dolinami między nimi. Janek niestety po tak długim świetnym marszu, miał kryzys. Nie chciał iść i …wymyślał powody, co by tutaj wrócić. W takich chwilach tylko Asia była w stanie zmienić jego nastawienie. Po chwili odpoczynku, Janek powiedział że idzie i to z takim animuszem, że aż miło. Tym razem trzeba było już wchodzić do góry i to odpowiednio, ale widać było już szczyt Cichego i był jakimś punktem odniesienia dla Janka, a Kamil znów zniknął. Ile on ma sił, tego nie da się opowiedzieć.
Tym razem na nas poczekał. Pojawiła się grupa 5 turystów, którzy śmiało mknęli do przodu. Janek pięknie się przywitał po słowacku, czym wzbudził zainteresowanie.Ci turyści wiedzieli gdzie idą. My za nimi, ale nie można było napatrzeć się na Ciemnosmreczyńską Dolinę z jej stawami poniżej Cubryny i Wrót Chałbińskiego. Wyglądały niezwykle.
Janek był zainteresowany tym, co się wokół dzieje. Sprawdzał, pilnował i czekał na instrukcję, że to już i koniec. Szybko przeszliśmy przez kosówkę i wtedy pojawił się inny świat: “Gdzie Gładka?” Janek tylko się pytał patrząc na ścianę Kotelnicy przed nami.
Po raz pierwszy zobaczyliśmy ją w całości. Gładki Wierch skalisty od tej strony wyglądał kompletnie inaczej niż tego oczekiwaliśmy. My mieliśmy jednak najpierw wejść na Zawory. Przechodząc przez Kotlinę pod Zaworami wydawało się, że szliśmy po zielonym amfiteatrze z widokiem na niezwykłe góry.
My z Jankiem człapaliśmy razem. Asia jednak próbowała dotrzymać kroku Kamilowi. On był na górze już, Asia w połowie podejścia, a my dopiero zaczynaliśmy. Poczekali na nas jednak i trochę w zaskakujących minach. Wiatr tak się rozhulał na Zaworach, że bez kaptura głowa odlatywała sama. Janek od razu łapał się mnie, bo bał się, że go zwieje. Dobiegł kolejny turysta i zrobił nam fajne zdjęcia. Pomimo wiatru nie odpuszczaliśmy i postanowiliśmy dojść do końca szlaku na Gładką Przełęcz.
Asia spytała się Kamila czy idzie, a on już był w drodze. Janek tez potwierdził, że idzie więc pod wiatr, ciekawym trawersem szliśmy do widocznej już przełęczy. Janek jednak “odfruwał” przy powiewach. Był już zaniepokojony, ale szedł.
W końcu udało się i można było zobaczyć Dolinę Pięciu Stawów, ale jak inaczej.
Zwykle patrzyliśmy na to miejsce, gdzie my dzisiaj stanęliśmy. Patrzyliśmy i patrzylibyśmy więcej, gdyby nie wiatr który postanowił jednak nas zdmuchnąć z tej strony. Trzeba było tylko wrócić do tych starych przejść, by porównać to wszystko co było i co jest.


Zrobiliśmy zdjęcie i w dół najpiękniejszym, zielonym trawersem w tatrach z widokami takimi, jakich nigdzie indziej nie ma.
Próbowałem zliczyć wszystkich turystów jakich spotkaliśmy podczas tego podejścia. Prawie wszyscy byli z nami na Zaworach, jednak one były na koniec tylko dla nas, puściutkie.
Dopingowani wiatrem goniliśmy w dół. Janek był w świetnej kondycji. Kamil z Asią w jeszcze lepszej. Podejście zabrało nam 6 godzin, zastanawialiśmy się czy zdążymy przed wieczorem. Chłopcy postanowili nam zrobić niespodziankę.
Frajda była duża. Powód nie był istotny, mogła to być huba i zielony szlak. Utrzymywali tempo, bawili się przy tym jak nigdy. To był ich najlepszy jak do tej pory pęd przez góry, bez oznak zmęczenia…u nas było to widoczne.
Po 4,5 godzinach doszliśmy do parkingu, to był szok dla nas. Jeszcze w jakich nastrojach! Pożegnaliśmy stojącą w słońcu górę Słowaków i już zastanawialiśmy się, jak będziemy zmęczeni jutro. W końcu to ponad 24 km i ponad 1 170 m do góry. To była wyprawa!










































































