Na Keprnik przez Točník
maj 5, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Filipovice w Jesioniku, piękne słońce i czas na nowe dla nas przejście, nowe szlaki, choć z nutką wspomnień. 8 lat temu zdobywaliśmy Keprnik. Był to wyczyn dla nas w tamtych czasach. Teraz szykowaliśmy się do jeszcze większego :), czyli do zdobycia go z “dołu”.
https://www.zespoldowna.info/keprnik.html

Atmosfera w Rodzinie zdecydowanie lepsza. Janek gotowy do wyzwań, Kamil z kondycją jak zwykle, tylko my z troszkę gorszą. Nasza eksploracja Jesioników skierowała nas ku górze Točník. Dominującej od zachodu nad Belą i jej częścią Filipovice. Skoro zdobyliśmy Wielki Klin dominujący od południa, to dlaczego nie Točník. Postanowiliśmy sobie skrócić podejście. Przypomnę, w Jesioniku doliny są głębokie, przez co góry są wyniosłe. Zapowiadała się zatem przygoda…tym bardziej, że postanowiliśmy wejść pod trasę zjazdową. Już takową schodziliśmy, teraz czas na urozmaicenie, czyli pod górkę.
Lepszego startu być nie mogło. Janek tak pogonił do przodu, że Kamilowi jakoś nie chciało się gonić za nim…bo pod górkę. Miał już wszystkie kryzysy z ostatniej wyprawy za nim, było miło patrzeć jak podchodził. Miał z sobą oczywiście karteczkę z punktami kluczowymi dla całej wyprawy.
Kamil go jednak dochodził. Wtedy Janek kazał zatrzymać się bo rodzice, a samemu do góry. Zastosował ten sam manewr co zazwyczaj Kamil. Gdy wszedł na górę usiadł na ławeczce i obserwował. My trochę zaniepokojeni, gdyż pierwsza żmija nam się już pojawiła i trzeba było zrobić szkolenie przypominajkę chłopakom. Za nami szła grupa turystów czeskich, ale ostatecznie zeszli w bok. My dzielnie do końca do drogi, oszczędzając minimum 3 km na zakosach.
Janek tym razem był spokojny, gdyż skrót miał zaprowadzić go do zielonego. Zdziwił się mocno, gdy szlak wyglądał tak jakby przed chwilą spychacz go układał. Kamil nie dyskutował tylko szedł i to w jego stylu. Po chwili go nie było. My z Asią jak popatrzyliśmy jak mocno idzie do góry, wrzuciliśmy sobie nasze tempo i powoli szliśmy za Jankiem, gdyż Kamila w ogóle nie było ani widać, ani słychać.
Na mapie na zielonym szlaku pojawia się wykrzyknik. Zastanawialiśmy się co to może być. No i sprawdziliśmy. Odrobina wilgoci, lodu i ta część szlaku jest nie do przejścia. Kamienie, korzenie i błotko, Janek boczkiem dał radę. Jak to zrobił Kamil, nie wiemy.
Czekał na nas na skale. Myśleliśmy, że to szczyt, a to okazało się niezwykle widowiskowe skalisko. W tym miejscu nawet spotkaliśmy się z innymi turystami. Nie dziwię się, że wszyscy chcieli chociaż chwilkę usiąść i popatrzyć, dopóki nie zauważali mrówek i szybko schodził na szlak. One tutaj rządzą.
Točník nasz “rodzinny” 1 024 szczyt został zdobyty. Byliśmy dopiero na wysokości 1 143 m. Janek się zdziwił, słupkiem z numerem 66. Trochę o tym pogadaliśmy, jednak jak wspomniałem o karteczce od razu przypomniał sobie o Cervenej horze i Kamennym oknie. Krajobraz się zmienił na …karkonoski.
Jak byśmy kogoś w tym miejscu postawili, to wiedziałby że jest w Karkonoszach, tak sobie myślałem. Chłopcy nie myśleli, tylko przyspieszyli i to obydwaj. Co chwile Janek wołał, żeby szybciej…no i próbowaliśmy. Kamil na szczęście w momencie gdy dochodził do miejsca “wątpliwego” czekał na nas. To dało nam trochę forów.
Było już widać Keprnik…Janka jeszcze nie interesował. Pojawiło się Kamenné okno i to było to. 8 lat temu byliśmy w tym miejscu po raz pierwszy. Musieliśmy usiąść by to wszystko jeszcze raz przetrawić :)
Janek wykorzystał fakt pojawienia się dużej liczby turystów. Głośne “Ahoj” robiło swoje. Wszyscy odpowiadali, a jak nie to dowalał “Dobry den” albo “Čau”. W ten sposób poznaliśmy grupę turystów z Moraw. Przybijali piątki z Jankiem, gratulowali i nie wiedzieliśmy, że to będzie przygoda.
Janek nastawił się na Červená hora, zatem długo nie mogliśmy odpoczywać. Wyrwali do przodu, a my za nimi. Miejsce wspaniałe i wspomnienia znów do mnie wracały. Janek podwoił tempo przekazywania “Ahoj!” a z drugiej strony słyszał odpowiedź. Fajne to było. Zeszliśmy zielonym szlakiem na czerwony. Nagle zrobiło się pusto.
Keprnik było widać z daleka, na szczęście Kamila też. Tak zastanawialiśmy się, czy będą szli ludzie na szczyt, jak na Śnieżkę, czy też nie. Dopóki nie doszliśmy do żółtego było pusto, potem było więcej ludzi…ale nie jak na Śnieżkę.
Janek wszystkim mówił “Ahoj!”. Stał się rozpoznawalny, gdyż z daleka nawet ludzie mu odpowiadali słysząc jego ton. Nie było szans by go nie usłyszeć. Nie było szans by nie odpowiedzieć…on w każdym języku pozdrawiał.
A Kamil? Jak to on, podchodził, znajdywał sobie dobry słupek, siadał i czekał na nas. My z jęzorami na wierzchu za nim, a on znów gdzieś do przodu. W ten sposób wejście na Keprnik było jak wyścig w jakimś biegu.
Na szczycie jednak było na tyle dużo ludzi, że nie zatrzymywaliśmy się na dłużej, zeszliśmy niżej…a tam wszystko wyszło. Podobnie jak na Śnieżkę (Kopę), na Keprnik można wjechać kolejką, tylko na szczyt poniżej o nazwie Šerák, na którym już kiedyś byliśmy. Z tej strony liczba osób była dużo większa, choć nie tak jak na Śnieżce.
https://www.zespoldowna.info/erk-przez-obr-skly.html
Janek polujący na magnesy, od razu wypatrzył z Keprnika schronisko na Šerák’u. Asia i Kamil nie chcieli słyszeć by tam iść, a Janek tak! Był dylemat, ale była motywacja. Poszliśmy obydwaj do schroniska i warto było. Ten magnes dał duuużo sił Jankowi.
Janek miał jednak zmartwienie, gdzie jest Mama. Stał w kolejce po kupno magnesu, ale martwił się, czy będzie na niego czekać. Schodził by dogonić Asię z Kamilem w super tempie, było nawet: “Tato dzwoń, gdzie są?” Gdy doszliśmy do nich, wyraźnie ulżyło synowi, tak że zejście było już sprawnym marszem przez różne rodzaje lasu…długim marszem w dół.
Po drodze udały się PAJACYKI MARKA. Pojawiła się przy tym niesamowita historia. Turyście z Czech, którzy tak wspaniale zareagowali na Janka przy Kamiennym Oknie, podchodzili do góry. Byli zaskoczeni, że nas zobaczyli i ich reakcja była bardzo fajna. Dało to dużą motywację by dojść do końca. No właśnie zejście do końca było wyzwaniem. Było długie i już w ciepełku. Nie spodziewaliśmy się tego, tak że powrót do auta był już radością, że możemy w końcu podnieść nasze nogi do góry i odpoczywać. To była długa przygoda.
























































