Na Mravenečník w Wysokim Jesioniku, szlak który nas zachwycił i zaskoczył.
kwiecień 27, 2026 by Jarek
Kategoria: Nasze Góry
Wysoki Jesionik to pasmo Sudetów w Czechach, tak daleko od nas jak Karkonosze. Wszędzie w naszych polskich górach miało bardzo silnie wiać, a w Jesionikach nie. Pradziad jest najwyższym szczytem tego pasma. Weszliśmy na niego każdym możliwym szlakiem i dla nas, w szczególności żółty z Karlovej Studanka to jeden z najlepszych szlaków w naszym regionie.
https://www.zespoldowna.info/zdobylismy-pradziada-czyli-wedrowka-przez-ponad-20-mostow.html
Powiem więcej, kiedyś przez przypadek postanowiliśmy zdobyć Keprnik w Jesionikach. Szlak jaki wtedy wybraliśmy nas kompletnie oczarował.
https://www.zespoldowna.info/keprnik.html
Dodam: szlak na Vysoka hole to petarda! Trzeba go zdobyć!
https://www.zespoldowna.info/kamzicnk-vysoka-hole-certova-stena.html
Mieliśmy zatem powód i pewność, że tam powinniśmy pojechać. Poszukaliśmy przejścia, które wydawało nam się odpowiednie na tą porę roku, gdyż w lecie i w zimie na pewno jest “zatłoczone”. Pojechaliśmy do Kouty nad Desnou do centrum rowerowego i narciarskiego z wieloma trasami zjazdowymi dla obu tych sportów. Naszym celem miała być Dlouhé stráně góra, która stała się “jeziorem”. Nie było z nami Kamila i chyba po raz pierwszy to powiem, że dobrze. Z jego kondycją, siłą nie dotrzymalibyśmy mu w tempie przejścia…ale Janek też dał nam popalić :)
Z drogi nasza góra wyglądała tak, że Asia powiedziała: “Dodać kilka turni i nawet jak Tatry wyglądałyby.” Musiałem się z tym zgodzić, a Janek krótko powiedział: “Wyrypa!”
Dojechaliśmy na parking i pełne zaskoczenie. Wszyscy wyciągali z aut rowery wszelkiej maści. My trochę nietypowi w tym towarzystwie. Janek jak zobaczył gdzie dojechaliśmy, to przez dobre 20 minut kazał sobie robić zdjęcia z nazwą Kouty, było takich miejsc kilka przynajmniej. Na kartce to był jego pierwszy cel. No właśnie kartka żółta została przygotowana, pomni wcześniejszych doświadczeń i mieliśmy tam wszystko rozpisane, co mamy zdobyć i w jakiej kolejności. Kouty były pierwsze i ostatnie na tej liście.
Rowery zrobiły na Janku wrażenie. Gdyby mógł, odjechałby nam, w szczególności na tym drewnianym! Oczywiście w taki sposób by zdobyć pierwsze miejsce.
W końcu wyszliśmy na czerwony szlak. Trochę nas zaskoczył, gdyż wszędzie były albo wyciągi i trasy zjazdowe, albo rowerzyści. Trzeba było go “wyciągnąć” z tych różnych możliwości. Potem był dla Janka akuratny! Dał nam przez chwilę fory, gdyż trudno było go zobaczyć na początku, a potem…potem bawił się z nami jak Kamil. Gonił do przodu zatrzymywał się, czytał coś z kartki a potem poganiał nas do przodu.
Miała to być lekka wyprawa. Janek był bez śladu zmęczenia. Inaczej my. Pierwsza część podejścia to blisko 250 m do góry. Jak już myślisz, że to koniec masz w zasięgu kolejne podejście tym razem 280 m do góry, a potem kolejne 300 m. W zimie na pewno idealne miejsce na narty, teraz dla nas to był moment wentylowania płuc. Musieliśmy w końcu odpocząć. Janek bez Kamila rządził i ganiał przed nami i za nami. Bawił się doskonale, tylko jakoś pierwszego celu nie było widać, ani ze szlaku, ani na kartce, ani na mapie. To był powód by zatrzymać się.
Wydawało nam się, że jednak to już koniec podejścia, Wysoki Jesionik przecież pięknie był widoczny. To była zmyłka. Trzeba było iść dalej do góry. Janek doszukiwał się Medvedi hora, który to szczyt miał być pierwszy do zdobycia. Owszem rowerzyści jechali w dół na maxa, ale nasza góra dalej się ukrywała.
Doszliśmy w końcu na koniec wyciągu. Świetne miejsce by nawet nim wjechać. My dla zdrowia nie uprawiamy takich “skrótów” :) . Janek ucieszył się informacją, że tuż obok jest jego cel i nie czekał, on zielonym miał iść na szczyt. Skrótem!
Do tej pory szliśmy ścieżką, gdzie szły wycieczki i inni turyści. Teraz było pusto. Jakoś nam to przyszło do głowy, że im szlak jest bardziej “szlakowy” tym mniej jest na nim Czechów. Gdy doszliśmy na szczyt i na Rysi skala pojawił się nasz cel Dlouhe strane, jeden z cudów Czech, jak to można wyczytać. Janek nie mógł uwierzyć, że to tak blisko patrząc na nią. Asia też zwątpiła…ale nikt nie zrezygnował, choć była tak odległa. Janek ze swoją kartką ciągle powtarzał co ma być dalej. Na liście był teraz Mravenečník.
https://pl.wikipedia.org/wiki/

https://pl.wikipedia.org/wiki/


Szlak czerwony trawersuje Mravenečník. My poszliśmy ścieżką prosto. Janek chyba miał już podejścia dość, bo dał mi szansę na prowadzenie. Asia pytała się jak daleko do góry. Nie spodziewaliśmy się takich widoków, takiego miejsca na naszej trasie. Jak weszliśmy, na górze było tylko wow!..i widać było Pradziada, Vysoka hole nasze cuda w Jesioniku, zrozumieliśmy, że to jest to miejsce na które mieliśmy dojść. Janek postanowił zjeść śniadanie, my też. Nie można było zrezygnować z tego ciepła, atmosfery i widoków.
Mravenečník z każdej strony przyciągał do siebie, niepowtarzalny, jednak Dlouhe strane już była przed nami. Janek zaczął od oglądnięcia i przeczytania panoramy z nazwami szczytów. Inny język nie stanowił przeszkody.
Dopiero potem się zdziwił, że mamy “morze” tak wysoko w górach. Oczywiście był gotowy do obejścia wokół, ale nie znalazł potwierdzenia w naszych minach i z bólem postanowił, że jednak będziemy wracać szybko w dół, bez skrótów czerwonym szlakiem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/
Wracając trawersem, znów odważył zaczepić się turystów czeskich przywitaniem. Po ahoj! złapał dwulatkę za rękę i szli razem po szlaku. To była niespodzianka, także dla rodziców dziewczynki. Nawet obie strony jakoś nie kwapiły się do rozstania, pomimo różnicy w tempie przejścia. Dopiero widok Rysi skala z tej strony dał imperatyw do pożegnania się.
Doszliśmy do wyciągu. Postanowiliśmy tym razem schodzić nartostradą. Pierwsza niespodzianka jaszczurka, która postanowiła z Asią zejść w dół.
Druga niespodzianka…Janek nie wybierał się na żadną wieżę :) Trzecia, że nikt nartostradą nie szedł, choć były wyraźnie wydeptane ścieżki. I to nas pociągnęło do szalonej decyzji, po raz drugi w tym roku: “A może zejdziemy nią do końca?” Poszliśmy.
Było stromo, ale trening przed Tatrami wzmocni nas. Potem było bardzo stromo, więc Janek dostał kijki by być pewniejszy na zejściu. A potem już było ciągle tak samo. Uda nam drżały mocno po tym wysiłku.
Był to jednak dobry koniec. Widzieliśmy jak rowerzyści w szalonym tempie gonili przez las. Skróciliśmy sobie zejście o ponad 2 km, a to było ważne gdyż głód doskwierał i trzeba było coś zjeść.
Przy wyciągu było miejsce, gdzie mogliśmy zjeść, przybić pieczątki, kupić magnes i wszyscy byli zadowoleni. Asia pomimo olbrzymiego wysiłku stwierdziła, że to była piękna wyprawa. Ja wciąż zaskoczony, gdyż inna góra była naszym celem, a tutaj spodobała nam się inna. Jedno co nie dawało nam zapomnieć, to te przewyższenia w tak niskich górach, na takim dystansie jakie nam wyszły. Janek narzekał, że bolały go stopy. My ciągle czuliśmy w udach to zejście…ale wiemy gdzie pojedziemy razem z Kamilem…Jesioniki. Już niewiele nam brakuje by powiedzieć, że je poznaliśmy, a podobają się nam, bardzo.



























































